A A A

W lipcu - na lina, karasia i wzdręgę

Trudno oddać urodę rozsnutych po zielonej równinie łąk owych smug wodnych i jeziorek, stawów i małych wklęśnięć wypełnionych wodą, spoczywających pod strażą czarnych olch, czasem dębów, częściej wierzb, a zwanych starorzeczami. W dni pogodne są błękitne, oślepiają odbiciem słońca, jak umyte szyby, w dni szare - również szare, jak świat nad nimi. W czasie wiatru, tuż przed letnią burzą, klaszczą liśćmi nenu-farów. Gdy pełnią wiosny lub na nowiu lata wędrujemy przyrzecznymi łąkami dla samej radości włóczęgi i odkrywania uroku świata, niejeden raz stajemy zaskoczeni pięknem tych śladów dawnej wodnej drogi. W istocie, są one śladami rzeki, która tędy przeszła przed półwiekiem, może wcześniej, może później... Ale na starorzecza wędkarz patrzy również innym wzrokiem, chłodno je taksującym.
  • Karasie złote i srebrzyste

    Karasie, a przede wszystkim karasie złote, stanowią biżuterię staro­rzeczy. Jednocześnie są to ryby najdzielniejsze: gdzie z powodu skąps­twa warstwy wody nad odtleniającym ją muliskiem nie wytrzymuje lin, tam walczą jeszcze karasie. Rys. 154. Karasie; najpiękniejsze są z jeziorek o gliniastym podłożu: A -karaś złoty; B - karaś srebrzysty „japończyk" (obie ryby dobrze odży­wione - wysokie) Karaś złoty (Carassius carassius L.) typowy przedstawiciel kar-piowatych-jeżeli pochodzi z dobrej wody (wygrzanej, z gliniastym dnem) jest jak złoty dysk, talar i medal (rys. 154). Ma też dla wędkarza, jeśli rybę wyróżnia okazałość, wartość talara i medalu nagradzających łowieckie umiejętności i cnoty. Złowić go bowiem w zwykłych starorzecznych warunkach, w liczbie kilku dorodnych sztuk, to prawdziwa sztuka wsparta łowieckim szczęściem. W najbardziej sprzyjających mu warun­kach środowiskowych, w wodach - niestety - niepolskich, osiąga podobno masę 5 kg. Nasz rekord wędkarski w tym gatunku (R. Grześko­wiak, rok 1973) wyznaczyły miary: masa 1,97 kg i długość 40 cm. Jest to ryba ciepłolubna. Trze się późno, wtedy gdy woda w tarlisku osiągnie 18-20°C. Temperatura optymalna żeru według autorytatywnych źródeł wynosi 18,6°C i lokuje jego sezon łowiecki w środku ciepłej pory roku. . Łowienie małych a wielkogłowych karasków (postać głodowa) nie należy oczywiście, do wyrafinowanych umiejętności. Łowimy je na leciutką wędeczkę ze strzępem robaczka lub drobiną ciasta na haczyku, aby potem użyć ich jako żywców. Duże karasie nie są już tak łatwe do zdobycia, pierwsze - dlatego że występują w starorzeczach raczej rzad­ko, po drugie - że są bardzo wstrzemięźliwe w ujawnianiu się i braniu przynęty. Nierzadko w śródłąkowych jeziorach niedostępnych dla ryba­ków z sieciami występują one częściej, niż zdają sobie z tego sprawę wędkarze. Zdobywanie ich wymaga jednak zachodu łowieckiego: zanę-cania oraz precyzyjnego łowienia. Nęcimy karasie jak linki, w kilku oczkach, wcześniej dokładnie wyson­dowanych. Łowienie rozpoczynamy już przed świtem, posługując się doskonale wyważoną, lekką wędką płociową. Na przynętę używamy cia­sta lub niedużej, dobrze wytartej dżdżowniczki. Możliwe są również inne przynęty, jeśli stosujemy je w karmie zanęcającej. Gruby karaś potrafi zrobić niespodziankę i wziąć na przeznaczoną dla lina rosóweczkę. Karaś ma niewielki pyszczek, przeto lepsze będą drobne kęsy. Poda­jemy je tuż nad dnem. Brania bywają rozmaite: przeważnie linkowe, tj. polegające na wodzeniu przynęty i drobnym jej skubaniu, zdarza się też, że biorą bardzo raptownie. Kiedy po przytopieniu spławika (ściślej: spła-wiczka), uda się zaciąć rybę, nie mamy z nią kłopotu: co prawda trzyma się dość dzielnie dna, lecz miota się w miejscu jak złota błystka wahad­łowa. Złowienie jednej ryby nie przeszkadza w braniu następnej. Odnosi się wrażenie, że karasie lubią jakieś trudne do wyróżnienia i scharakte­ryzowania miejsca w jeziorku i nieraz lekkie przesunięcie wędki w bok przerywa częste brania. Karaś srebrzysty (Carassius auratus gibelio Bloch), zwany czę­sto japończyniem i podobno higojem, aczkolwiek szeroko u nas rozpo­wszechniony, jest rodem z Chin. W niektórych łużykach, młakach i fosach, a nawet w rzeczkach, występuje wprost masowo w postaci gło­dowej. Polska nazwa przymiotnikowa pozwala odróżnić go od karasia złotego. Nawet dobrze odżywiony jest on smuklejszy od wysoko wygrzbieconego autochtona. Rybacy mają do niego stosunek krytyczny, uważają go raczej za chwast z powodu skłonności do masowego rozpło­du, co kończy się rozmiarową degeneracją pokoleń. Niekiedy osiąga jednak ładne wymiary, dlatego bywa wsiedlany do nizinnych jęzor zapo­rowych (Zegrzyńskie). Rekord wędkarski w gatunku ustanowił A. Kuchta, łowiąc w 1975 r. sztukę ważącą 2,08 kg i mającą długość 49 cm. Karasie srebrzyste łowi się tak samo jak karasie złote. Ciekawostką jest to, że w Polsce występują wyłącznie samiczki tego gatunku. Przy- chówek bierze się stąd, że odbywają one tarło z męskimi przedstawicie­lami karpiowatych innych gatunków. W rezultacie rodzą się nowe poko­lenia samiczek, traktujące bezceremonialnie prawa dziedziczenia: ce­chami własnymi nie zdradzają cech ojców oraz nieprawego łoża.
  • Lin - rodzimy prototyp karpia

    Wizerunek gatunku. Lin (Tinca tinca L.) swym wyglądem dosłownie „krzyczy", że należy do rodziny karpiowatych (rys. 151). Karp jest w naszych wodach zadomowionym importem, lin zaś do pojawienia się przybysza występował w jego roli, a i dzisiaj jest rybą bardziej na swoim miejscu. O tym, że lepiej od karpia znosi chłody, świadczy informacja Vostradovskyego, według której wsiedlony do jezior strefy alpejskiej (1600 m n.p.m.) zupełnie dobrze tam sobie radzi. Żywiołem lina są wody stojące oraz wolno płynące, a ściślej - przyrzecza. Aczkolwiek w samej rzece autor jeszcze lina na wędkę nie złowił, to przecież w rzekach ryba ta występuje częściej, niż to sobie wyobrażamy. Liczne fakty opinię tę potwierdzają. Zna je również autor. A jednak, nastawiając się na liny, nie będziemy chyba zajmować wędkarskich stanowisk nad płynącą wodą. Ubarwienie lina mieści się między głęboką zielenią a ciemną brunat-nością, zawsze przełamanymi starym złotem; odmiana barwna zależy od koloru wody i dna rodzimego zbiornika. Uderza swoim podobieństwem do karpia bezłuskiego, gdyż łuska lina, bardzo drobniutka, skrywa się głę­boko w śliskim naskórku. Jest więc trochę dobrze utuczonym gruba­skiem, ale gibkim, sprawnym w lawirowaniu. Barwa, ułuszczenie i zmniej­szona sztywność wskazują na rybę wód raczej zacienionych, obfitują­cych w zieloną szatę podpowierzchniową, jak: moczarki, wywłóczniki, rogatki i rdestnice. Ma pyszczek-ryjek jak karp i leszcz, służący mu do przekopywania mulistego dna. Pyszczek jest zbudowany z mocnej tkan­ki, obrzeżony wargami jak u klenia, z których z trudem uwalniamy wcięty haczyk. Powszechnie uważa się, że lin należy do ryb cieniolubnych, co należy przyjąć z zastrzeżeniami. W istocie ryba ta przebywa w cieniu roślin, pod Rys. 151. Lin - ryba dia specjalistów dachami liści lilii wodnych, ale kto, jak autor, oglądał liny trące się w pełnym blasku południa, ten przez ich cieniolubność rozumie co najwyżej skłonność do przebywania pośród roślinności. Żerujący w mule lin działa bardzo pracowicie i z zapamiętaniem, zdradzając swą obecność trzęsącymi się nad nim oczeretami. Żeruje niejako w dwu strefach pokarmowych: w pokładach dennych, gdzie szuka zwierząt mułolubnych, oraz pomiędzy roślinami, gdzie jego zainte­resowanie koncentruje się na ślimakach. W opinii rybaków-hodowców liczne występowanie ślimaków w jakimś zbiorniku, a w szczególności ślimaka zagrzebki (bitynii), świadczy o korzystnych dla lina warunkach pokarmowych. Jego żerowanie należy do czynności bardzo czasochłon­nych. Bliski linowi karp napełnia przewód pokarmowy przez 5 godzin, a w okresie ostrego apetytu czyni to 4 razy na dobę. Nie istnieją chyba powody, dla których lin miałby się odchylać od przykładu pobratymca. Przystosowany do żerowania w mroku dna i w mgiełce mątu musiał opanować sztukę posługiwania się dotykiem i smakiem, toteż-jak leszcz oraz karp - wyposażony jest szczodrze w kubeczki smakowe rozmiesz­czone nie tylko w gębce, ale i po całym ciele, aż po partie ogonowe włącznie. Późny czas tarła zdradza ciepłolubność gatunku. Istotnie: trze się w wodzie podgrzanej do 20°C. Na ogół uważa się lina za rybę niezłomną, wprost krzemienną, jeśli idzie o odporność na ciężkie warunki bytowania. Gdy jednak zastanowimy się nad jego niską przeżywalnością w okresie wzrostu (jedna samica ważąca około 0,75 kg i składająca średnio 300 tysięcy ziarn ikry doczeka się po 4 latach zaledwie 3 potomków ważących około 300 g), to ta krzemienność jawi się nam w nieco innym świetle. Lin stanowi cel godny łowieckich zapałów: ryba to niełatwa do zacię­cia, a zacięta umie walczyć dzielnie i na swój sposób przebiegle. W sprzyjających warunkach potrafi osiągnąć ładne wymiary: np. według Vostradovskyego 3-4 kg, według Schachtela 6-7 kg. Wędkarza jednak cieszą już sztuki kilogramowe. Rekordowa ryba tego gatunku złowiona w Polsce na wędkę przez E. Chruszcza w 1973 r. ważyła 3,45 kg i miała 60 cm długości. Pod względem waleczności lin bije szczupaka i przynajmniej dorównuje karpiowi. Kiedy bierze przynętę? Znamy temperaturę najaktywniejszego żeru lina - 20,3°C. Z początku zaskakuje nas dokładność jej wyznaczenia. Przyjmijmy ją jednak za prawdziwą, gdyż źródło z którego pochodzi, zasługuje na zaufanie (Tuszko). Zwróćmy też uwagę na bardzo złożoną sytuację termiczną, panującą w wielu przyrzecznych jeziorkach. Pod względem nagrzania różnią się one nie tylko od rzeki, ale w tym samym czasie również między sobą. Ba, nawet w każdym z nich z osobna może występować dość wyraźne uwarstwienie cieplne. Jego przyczyna tkwi nie w głębokości wody, jak np. w jeziorach, lecz w wewnętrznej bujności szaty roślinnej, w ewentualnej obecności zimnych źródeł dennych, w zacienieniu drzewami. W rezultacie różny stan cieplny poszczególnych starorzeczy rozmaicie reguluje życie ryb; w niejednakowym czasie odby­wają tarło, przejawiają ostry apetyt. Wszystko to razem trochę komplikuje sytuację wędkarza zamierzającego się na liny. Na tym nie koniec z kłopotami w kwestii linowego sezonu. Chociaż właściwie można by sprawę uznać za rozstrzygniętą, bo - jak pisze Vostradovsky - „najlepsze wyniki uzyskuje się w połowach wiosennych, przed tarłem, gdy lin intensywnie żeruje i trzyma się w stadach" i Wyga-nowski - „chwyta on dobrze przynętę tylko od połowy maja do tarła". Łowimy więc liny przed rozrodem i w czasie jego trwania (tab. 17)! Wdzięczni autorytetom za uwolnienie od niepokoju wewnętrznego, wsparci świadomością, że taka właśnie jest powszechna praktyka węd­karzy (rys. 152), łamiemy uznawaną dotychczas za słuszną zasadę, wedle której: nie łowimy cennych ryb przed pierwszym tarłem, nie łowimy tuż przed tarłem i w czasie jego trwania, bez względu na ich wiek. Rozterki zbędne. Nie myślmy więc, że żaden myśliwy z dużą kulturą łowiecką nie strzelałby do kotnych łań, choćby te prosiły się strzału. Łatwo jest łowić liny wykorzystując ich ostry apetyt tuż przed okresem rozrodu. Później sprawa staje się trudniejsza. A przecież czas dobrego żeru trwa u linów i po rozrodzie - przez lipiec i sierpień; w pogodny wrzesień również pięknie biorą. Jest więc kiedy je łowić, bez naruszania zasad rozsądnego gospodarowania. Dla wsparcia takiej argumentacji odnotujmy tu głos zagranicznej publikacji: „Najkorzystniejszy miesiąc na linowe łowy to lipiec. Duże liny biorą jednak nie w upalne dni lata, lecz wczesną jesienią". Z czym autor w pełni się zgadza. Odpowiadając zaś na pytania o sprzyjające wędkarzowi godziny i warunki pogodowe stwierdźmy, że liny cechuje podobny rytm żerowania jak inne karpiowate, LIN Sezony łowieckie IV V w w vm IX X XL Kalendarze wędkarskie W m > J. Wyganowski W C.Grudniewski ■ Wykres(okazy medalowe) ■ M Temperaturo optymalna (20-22°) Sezony zalecane (przy średnich temperatura^ -h) S3? Tabela 17. W określeniu sezonów łowieckich lina wszyscy jakby zachęcają do nieposzanowania linowych godów IV v VI VII VIII IX X , xi Rys. 152. Wykres złowień medalowych dowodzi, jak zawzięcie jest łowiony lin przed tarłem (czyżby należał do gatunków pośledniejszych od innych, bardziej adorowanych, choć o mniejszym znaczeniu?) a szczególnie leszcze i karpie, aż po żerowanie w ciągu ciemnych godzin włącznie. Podobnie reagują na pogodę i jej zmiany. Sprawy łowiska i wędki. Łowiskami linowymi są miejsca pośród zwartych kolonii roślin zanurzonych oraz na ich zacienionych krawę­dziach. Na otwarte wody wywiedzie ryby i doprowadzi na haczyk tylko wytrwałe nęcenie. Łowiąc liny bez przygotowania łowiska trzeba zdać się na los szczęścia i albo stawiać wędkę na dłużej w budzącym nadzieję miejscu, albo wędrować z nią, podrzucając przynętę w zakątki i „oczka" między roślinami. Sposób ten nie jest zupełnie zły w odpowiedniej wodzie, jeżeli tylko realizujemy go z zachowaniem wszystkich środków ostrożności, a przede wszystkim cicho stąpamy, nie rzucamy cienia na spławik. Głównie jednak ten łowi liny, kto przygotowuje łowisko i nęci w nim. Przygotowanie łowiska polega na wybraniu w zacisznym kątku jeziorka odpowiedniego „oczka" w niegłębokim miejscu, dobrze nagrza­nym, gdzie bujnie pienią się rośliny zanurzone. Takie miejsce - na prze­strzeni około 1 m- oczyszczamy z roślin i drągowiny, pamiętając, że dewastowanie większych fragmentów dna jest aktem szkodniczym i nie sprzyja wędkarzowi. Uzyskany w ten sposób „stół" należy uczynić inte­resującym. A z linami jest jak z innymi karpiowatymi większych rozmia­rów: podając na początku żer zwierzęcy, z czasem można je przyzwy­czaić do karmy roślinnej. Stąd lin chwytający dobrze dżdżownicę (rosó-weczkę) dość szybko zaczyna przekładać nad nią ziemniaka, a nawet 9- Wędkarstwo rzeczne 257 pszenicę. Nęcenie więc uzależniamy od przynęty, na którą będziemy łowić: może być zwierzęca, a potem roślinna, może być mieszana z wyjściem na czysto zwierzęcą lub czysto roślinną - wszystko w zależ­ności od sytuacji w łowisku i zamiaru taktycznego wędkarza. Przynętę wrzucamy luzem „na stół", bez obawy, że utonie w mule lub zaszyje się między rdestnice. Wyganowski stawia łowiącemu surowsze wymagania: „W celu zwabienia linów do łowiska należy zadawać im nie tylko taką przynętę, która by przypadła im do gustu, lecz powinna ona być tego rodzaju, aby nadawała się do rycia. Zanętę na liny przygotowuje się z siekanych rosówek lub kopanych dżdżownic albo też z larw muchy plujki z dodatkiem iłu, pszennych otrąb, ewentualnie płatków owsianych. Po wymieszaniu zanęty lepi się z niej kule o średnicy 10-15 cm, obtacza się je w pszennych otrębach lub płatkach owsianych i wrzuca kilka do łowi­ska". Pracowitą metodę Wyganowskiego zaleca się stosować na fra­gmentach twardego dna, ale i w tym wypadku rzucenie zanęty luzem też zupełnie wystarczy. Liny nęcimy systematycznie, w karmie niech znajdą się ślimaki (gniecione), może być też parę raków amerykańskich. Wędka i przynęta nie nastręczają kłopotów. Liny łowimy prawie wyłącznie na spławikową przystawkę - wzmocnioną, gdyż ma podołać bardzo silnej rybie w otoczeniu roślinnych gąszczy. Wędka ta będzie więc miała żyłkę o średnicy 0,35 mm, przypon - 0,20-0,25 mm - dobrze wią­zany; haczyk mały, mniejszy niżby to wynikało z rozmiarów ryby. Bardzo ważną cechą wędki linowej jest zastosowanie przy niej spławika przy­stosowanego do łowienia pośród zaczepiających roślin. Powinien on być minimalnie oporny, ledwie wystarczający do unoszenia przynęty i żyłki pozbawionej wręcz ołowianego obciążenia. Samą przynętę zawieszamy koniecznie tuż nad dnem lub kładziemy na nim bez przyponowego luzu, co uzyskujemy przez wcześniejsze staranne wysondowanie łowiska. Lin biorąc przynętę, czyni to zwykle bardzo ostrożnie: smakuje ją, wodzi, lekko przytapia, porzuca i znów do niej powraca. Zacięty zbyt wcześnie nie zniechęca się do dalszych prób. Ten sposób obchodzenia się z przynętą jest znany wędkarzom. Aby więc zapewnić sobie bardziej zdecydowane branie, trzeba zakładać mniejsze kąski przynęty: żywego robaczka, raczka, kawałek ziemniaka lub ślimaka. Ryba raz zacięta nie schodzi z wędki inaczej jak z haczykiem, dlatego następne problemy wędkarza zaczynają się po jej zacięciu. Podobnie jak karp, lin również ma zwyczaj wpadać w sam gąszcz wywłóczników i rdestnic i tam na chwilę przyczajać się (rys. 153). Źle kończy się dla łowcy spotkanie z nim, jeśli w ucieczce zdoła on okręcić żyłkę wokół mocnej łodygi nenufaru albo trzciny, dlatego właśnie wybieramy łowiska bez obecności tych roślin. Opanowany wędkarz poradzi sobie jednak i w końcu doprowadzi rybę do podbieraka. Coś więcej: w tym samym miejs­cu, jeśli los się uśmiechnie, złowi jeszcze jedną lub dwie ryby, które przywiązawszy się do stołu, niełatwo dają się wypłoszyć breweriami wyprawianymi przez ich wcześniej zaciętą towarzyszkę. Prawo do hała­sowania nie przysługuje jednak wędkarzowi. Wędzisko linowe powinno być długie i prężne. Jego zadanie polega na rozegraniu walki z silną rybą jak najdalej od przybrzeżnych roślin i w miarę możliwości na przeniesieniu walki w strefę wody otwartej. Długi powinien być również drążek podbieraka. Łowiąc, zważamy na żyłkę nad spławikiem: kładziemy ją pieczołowicie na roślinach, nie pozwalając jej wchodzić pod liście lilii.
  • Starorzecza

    Każdy wędkarz obdarzony wyobraźnią oraz obserwatorską bystroś­cią odnajdzie w starorzeczu dawny bieg rzeki, rozróżni należące już do przeszłości pełne wirów zakola, spokojniejsze łuki i wartki, prosty bieg. Warto nauczyć się rozpoznawać naturę poszczególnych fragmentów starorzeczy, aby w miarę prawidłowo oceniać ich, jakby powiedział rybak, możliwości produkcyjne, to znaczy szanse łowieckie dla wędkarza. Dokonując tego przeglądu, zauważmy najpierw, że wszystkie starorze­cza dadzą się podzielić, w zależności od ich kontaktu z rzeką (rys. 148) na następujące trzy rodzaje jeziorek: 1) o stałym z nią kontakcie, 2) kon­taktujące się z rzeką tylko okresowo, 3) odcięte od rzeki w sposób stały. W pierwszym rodzaju bardzo ważnym wskaźnikiem wartości jeziorka jako łowiska jest sposób kontaktu z rzeką. Dlatego rozróżniamy dwa wyraźnie odmienne typy jeziorek: 1) łączące się z rzeką otwartym i obszernym połączeniem biernym i 2) łączące się z rzeką połączeniem aktywnym, tzn. za pośrednictwem dopływu - rzeczki. Poza sposobem kontaktowania się z macierzystą rzeką starorzecza różnią się także wielkością. W istocie, czym innym są dla wędkarza Rys. 148. Rodzaje starorzeczy a ich łączność z rzeką: 1 - ze stałym szerokim kontaktem, 2 - dołek łączący się z rzeką okresowo i pośrednio, 3 - starorzecze połączone z rzeką drożną strugą (strumieniem), 4 -przyrzecze odświeżane zalewami, 5 - jeziorko stagnujące (zastałe), zapewne z zerwaną więzią z rzeką (i ryb!) długie, rozległe i pojemne smugi jeziorne, a czym innym niepo­zorne łąkowe dołki. Ważniejszym jednak kryterium wartości jakiejś przy-rzecznej wody jest nie jej powierzchnia i pojemność, lecz zdolność zapewnienia rybom (przynajmniej pewnym ich gatunkom) - przez wszys­tkie pory roku i przez wiele lat - dobrych warunków tlenowych, pokar­mowych i rozrodowych. Nie wolno przeoczyć jeszcze jednego - pozaśro-dowiskowego - aspektu: siły ingerencji człowieka w życie wody, często bardziej niszczącej niż przyducha. Najbardziej interesujące dla wędkarza są starorzecza o stałym kon­takcie z nurtem rzeki. Pozostają one jakby w jednym z nią drożnym krwiobiegu, o wspólnym systemie produkcji pokarmowej i rozrodu. Stąd w rozległych i dostatecznie głębokich bytują prawie wszystkie gatunki ryb rzecznych, z wyjątkiem prądolubnych, a więc brzany, świnki, klenia i jelca. W wyjątkowo korzystnych warunkach spotkać można nawet kar­pie, sumy i leszcze, przynajmniej w godzinach nocnego żeru; w pobliżu ujść nie wykluczona obecność sandaczy. Buszują tu bolenie. Równie interesujące łowiska na uboczu rzeki zapewniają wędkarzom starorzecza z przepływem - przenizywane przez strumień i łączące się z rzeką za jego pośrednictwem. Są one nie zanieczyszczone, nie zakwa­szone i dotlenione. Poza tym, ruch strumienia w strefie ujścia przywabia tutaj wędrujące ryby rzeczne, przyciąga z nurtu w czas wiosennego niepokoju węgorze, jazie i młode szczupaki oraz bolenie, skłania dorosłe szczupaki do odbywania tu tarła. Gdy urywa się kontakt starorzeczy z macierzystą rzeką, pogarsza się jednocześnie ich sytuacja wewnętrzna wskutek postępującego procesu zamulania, okresowych przyduch i zamarznięć. Najbardziej oporne na te procesy są jeziorka młode, rozległe i głębokie, w których zamulanie i zarastanie następuje powoli oraz te, które są dobrze przewietrzane, gdy nie otacza ich gęsta palisada drzew. Jeziorka wcześniej odcięte od rzeki i mniejsze szybciej się starzeją, lista zaś ich mieszkańców interesujących wędkarza ulega stopniowej redukcji: najpierw zanikają węgorze, ukleje, jazie, krąpie i kiełbie, potem - okonie i płocie. Z czasem w podstarzałych jeziorkach bytują już tylko szczupaki, liny wzdręgi, karasie i piskorze. W zupełnie starych, zapomnianych przez rzekę i strumień starorzeczach egzystencja ryb staje się godna pożałowania. Cechuje ją swego rodzaju falowanie: w okresie sprzyjających warunków klimatycznych pojawiają się w nich ryby zwykle niewyrośnięte, potem pierwsza katastrofa (np. susza) eliminuje je, żeby znów chwilowa pomyślność pozwoliła podjąć nową, dramatyczną próbę odbudowy życia. Takie jeziorka zasiedlają co najwyżej karłowate linki i drobne, a mnogie karasie. Praktykowi-wędkarzowi wydaje się, że do istotnych czynników wpły­wających na ilość ryb w starorzeczach należy też usytuowanie jeziorka w dolinie. Na przykład: jeziorka przyległe do skarp - zacienione drzewami, schładzane zimnymi źródłami wypływającymi spod stromizm brzegowych osłonięte przed wiatrami - stwarzają rybom gorsze warunki bytowe niż ulokowane na otwartej łące - nagrzane i mierzwione przez powiewy. Bardzo ważnym kluczem do szyfru osłaniającego tajemnice stawów i starorzecznych jeziorek są zasiedlające je rośliny. Botanicy interesujący się socjologią roślin, tj. ich wzajemnie powiązanym międzygatunkowym współżyciem, znają wiele typowych zespołów gatunkowych spojonych charakterystycznym składem przedstawicielskim z odpowiadającym ich potrzebom typem siedliska. Na tej podstawie, rozpoznawszy warunki środowiskowe któregoś z zakątków rzeki czy jeziora, są oni w stanie orzec, jaki zespół (lub zespoły) roślin znalazłyby tu najdogodniejsze dla siebie warunki egzystencji. I odwrotnie: stwierdziwszy występowanie jednego z tych zespołów i znając potrzeby wchodzących w jego skład roślin celnie orzekają o cechach środowiskowych niszy i siedliska. Posługując się tą zasadą, a także nawet zupełnie skromnymi wiadomoś­ciami o wodnych roślinach, również i my - wędkarze - potrafimy rozpo­znać interesujące nas cechy starorzecznych łowisk. Pierwsze rzucone na jeziorko spojrzenie zatrzymuje się na pływają­cych dywanach liści roślin z tzw. zespołu lilii wodnych - białych grzybieni i żółtych grążeli. Obok nich i pośród nich sterczą wysoko całe pęki ciem­nozielonych wici oczeretu jeziornego, zwanego też sitem, który kojarzy się nam z rozrosłym do mamucich rozmiarów sitowiem z kwaś­nych łąk. Nie przeoczmy też wyniesionej wysoko nad wodę pałki wąs­kolistnej, a i mieczykowatych liści żółto kwitnącego kosaćca -irysa. Wszystkie wymienione tu gatunki zdradzają nam muliste dno, a biały grzybień i oczeret - zupełnie dobrą wodę. Rośliny pozwolą również odczytać w przybliżeniu głębokość starorze­cza oraz ukształtowanie jego misy. Wprawdzie do interesujących nas w tej kwestii informacji możemy dojść i inną drogą, mianowicie przez uzmy­słowienie sobie, jaki fragment koryta rzecznego stanowiło kiedyś badane właśnie jeziorko. Sposób to niezły, nie szkodzi jednak dopełnić go świa­dectwem roślin. I tak: pałki i kosaćce, także strzałki, jeżogłówki i inne rośliny strefy stykowej wody i lądu rosną na zupełnych płyciznach przy­brzeżnych lub na bardzo łagodnych dawnych spadach i ławicach; oczeret w przejrzystej wodzie jeziora dociera już do 3 m głębokości, zaś grzybień biały płuży swymi kłączami nawet na głębokość 5 m i stamtąd odbija swe liście. W zwyczajnie przyciemnionej wodzie przyrzeczy obie rośliny takich rekordów nie biją, dlatego wolno nam, w kalkulacjach nad głębo­kością wody, ich maksymalne osiągnięcia zmniejszyć o połowę: oczeretu do 1,5 m, grzybienia białego do 2,5 m pod zwierciadłem, na zewnętrznym skraju łanu. Zresztą oczeret lubi wyrastać na stromych spadach dna, a grzybienie i grążele (żółte, płużące zwykle płycej i lubiące bardziej kwaśne wody) wolą dna płaskie. Często w dolinie rzeki spotykamy jeziorka jakby zaprzeczające temu, co powiedziano przed chwilą: niegłębokie, a świecą wolnymi od roślin taflami wody. Są to przeważnie jeziorka młode, o jasnej wodzie, a ich obrzeżny pas roślinności (m.in. manna mielec, jeżogłówka) jest wyraźnie wąski. Z roślin wodnych o liściach pływających spotykamy tu rdest-nicę pływającą oraz rdestnicę nawodną (rys. 149) - obie w Rys. 149. Jeszcze dwie rdestnice: A - rdestnica pływająca - wytwarza w toni dość wysokie kolumny, które lubią okonie, B - rdestnica nawodna, pokrywająca zwierciadła starorzeczy gęstą pokrywą wysmukłych liści (iubią ją m.in. liny) niewielkich koloniach. W tego typu jeziorkach - pozostałości po prostym, dobrze wymiatanym przez prąd i wysłanym piaskiem korycie-występuje przeważnie płotka i krąp obok szczupaka i okonia. Liny są rzadkie, karasi brak zupełnie, natomiast zwykle dobrze mnoży się różanka w towarzys­twie małży. Ten rodzaj wód łatwo przeczesuje się siecią. Pod dywanami wodnych lilii kryje się bogaty świat roślinności zanu­rzonej, uprządkowanej również w zespoły gatunków typowo rozmiesz­czonych w misie jeziora. Jak razem z roślinnością wyniosłą i pływającą zasiedlają one starorzecza, jak wyznaczają dwa ich przeciwległe typy (stadia rozwojowe), pokazano na rysunku 150. Typ A to formacja młoda i potencjalnie rybna, B - formacja stara, wypłycona i zamulona - znamio­nuje obecność co najwyżej karasi i linów. Rys. 150. Przekrój przez pasy roślinności przybrzeżnej w starorzeczach Bugu na Mazowszu (wg Traczyka za Tomaszewiczem): A - starorzecze średnio głębokie - na styku lądu i wody pas niskiej roślinności wyniosłej z przedstawicielami: tatarakiem, jaskrem wielkim, manną mielcem i szcza­wiem lancetowatym; dalej - wysoki pas oczeretu, za nim rozesłany na wodzie dywan liści pływających lilii wodnych, którym towarzyszą spodem rośliny zanurzone: rdestnica połyskująca (p. rys. 4) i moczarka kanadyj­ska; głęboko, pod otwartym zwierciadłem wody - podwodny gąszcz wywłócznika okółkowatego (p. rys. 7); 8 - starorzecze płytkie, muliste; tu za pasem roślinności przybrzeżnej (tatarak, manna mielec, marek sze-rokolistny) zaczyna się charakterystyczny dla takich wód łan skrzypu bagiennego; dalej otwartą i płytką (głębokość ok. 1 m) wodę pokrywa dywan pływających różyc osoki aloesowatej (p. rys. 37), przemieszanej z rzęsą
  • Wzdręga - pusta ślicznotka

    Wzdręga to bardzo szacowne, stare imię słowiańskie i łatwo dosłu-chać się w nim wspólnego rodowodu z „pstrągiem". Ponad starodawną tradycję i godną szacunku łacińską naukowość (Scardinius erytrophtal-mus L.) wybija się przecież „krasnopiórka". To ostatnie imię opisuje rybkę na sposób ludowy - kraszankowo, z zafascynowaniem barwą. Rzeczy­wiście, to istna pięknisia. Kto oglądał sztuki ważące około kilograma, wydobyte z przymroczonego linowo-szczupakowego jeziora, kto widział je we własnej siatce, w przenikniętej słońcem wodzie, ten uzna je za arcydzieła sztuki. Jerzy Putrament w jednym ze swych bardzo pięknych opowiadań wyzwał wzdręgę od wampów. Pisze on: „Cóż, wzdręga jak aktorka filmo­wa, jak wamp: piękna i niedobra". Przyjrzawszy się rybie dokładniej, prędzej dojrzymy w niej dorodną, odświętną krasawicę, prędzej podro­bioną na damę temperamentną cieciorkę z głównej ulicy wielkiego miasta niż niebezpiecznego, z przepastnymi oczyma kociego wampa. Wzdręgi nie należy oglądać na rysunku. Trzeba ją, jak litewski bigos, poznać wyłącznie w naturze! Żeby ją jednak przedstawić, posłużmy się porównaniem z płocią. Tęczówki czerwone zastąpmy mosiężnymi, a srebrne boki przeciągnijmy rozjaśnionym, przejrzystym złotem. Płetwy parzyste i ogonową pokryjmy teraz najczerwieńszą ze wszystkich czer­wieni na palecie. Tym samym pędzelkiem przeciągnijmy delikatnie po płetwie grzbietowej oraz po „pokuśnych" wargach, lecz skrajem ich ledwie. Grzbiet może być zielonkawy lub brunatny. Całość - mokra, jakby wyjęta z przezroczystego, najcieńszego lakieru - niech teraz rozedrga się w słońcu, niech roztańczy i rozsypie migoty, a będziemy mieli wzdręgę, uwodzicielkę w stylu folk - krasnopiórkę. Zestawiona z płocią, ujawnia dodatkowe przewagi: jest bardziej korpulentna, dojrzała w rozkwicie wdzięków. Porównując obszary występowania wzdręgi i płotki okazuje się, że różni się ona trochę przystosowaniami: skłania się bardziej ku południo­wi. Również i u nas wyraźnie wykazuje skłonność do bardziej nagrzanych wód i skąd wycofuje się płoć, tam ona przejmuje pierwszeństwo i długo towarzyszy linom i karasiom. Dlatego też na starorzeczach spotkamy ją często, chociaż nie w największych egzemplarzach, bowiem jej właści­wym siedliskiem są jeziora o rozwiniętych łanach trzciny, pośród której lubi buszować w licznych stadach i gdzie w samo południe wygrzewa się na łysinkach. Rozradza się, według świadectw źródłowych, w kwietniu albo w kwie-niu i maju, z czym autorowi trudno się zgodzić, gdyż nie jeden raz obser­wował jej tarło tuż przed tarłem lina. Zaliczana jest do ryb roślinożernych w wyższym stopniu niż płoć. Nie gardzi też zwierzętami bezkręgowymi, które zbiera z podwodnej roślinności oraz ze spodu liści roślin pływają­cych. Dlatego przeważnie przebywa w warstwie przypowierzchniowej, na co wskazuje pysk przecięty skośnie w górę, ogólny zaś pokrój ciała mówi, że mamy do czynienia z rybą toniową wód stojących. Nie rośnie zbyt duża, skoro rekord krajowy w jej klasie, należący od 1970 r. do B. Uznańskiego, wynosi: masa ciała 1,44 kg, długość 44 cm. Łowienie krasnopiór na wędkę polega na wykluczeniu wszystkich metod głębokiego podawania przynęty: rybę tę należy łowić w górnej warstwie toni, w strefie dużego naświetlenia. Dlatego najwłaściwszą wędką jest subtelna przystawka, z białym spławikiem obciążonym jedną śruciną ołowianą. Oczywistym wymogiem jest tu długi, miękki kij. Wspomnieliśmy już o roślinnej specjalizacji pokarmowej tej ryby. Vostradovsky pisze, że wystarczy nałożyć na haczyk strzęp liścia sałaty lub kłębuszek glonów, aby ją skusić. Pozostawiając tę informację wspól­nemu z Czytelnikami sprawdzeniu dodajmy, że tradycyjnie łowi się wzdręgi na ciasto, czasami doprawione sokiem z czosnku, czasami bar­wione na zielono; także na ziemne robaczki, chruściki, ślimaczki i owady. Autor swoje największe sztuki łowił na ziemniaka w miejscach nim nęco­nych, podając przynętę na około 2 m pod powierzchnią wody przy 4-5 m głębokości łowiska, w pobliżu pochylonej do jeziora starej wierzby. Wzdręgi bowiem zawsze przebywają w pobliżu roślin; jeśli nie trzcin, oczeretów i lilii wodnych, to choćby zatopionych drzew. Duże wzdręgi biorą na żywczyki - słonecznice; cóż, kiedy ryby ze starorzeczy do gru­bych nie należą. Chwaliliśmy tu krasnopiórkę, a jednak stosunek do niej nie bywa entuzjastyczny. I to nie dlatego, że dla wędkarza stanowi często miejsce puste: ona wyjątkowo podle smakuje z powodu mułowego posmaku i ościstości. W sumie więc to tylko forma bez treści, pusta pięknisia.