W czerwcu na węgorza, karpia, okonia i klenia
W czerwcu złowiony kleń jeszcze zmoczy się mleczkiem, w brzanie możemy znaleźć resztki ikry. Tylko sumy w rzece, a liny w starorzeczach mają wszystkie trudy rozrodu przed sobą, ale już pod koniec miesiąca nawet im ten kłopot powinien spaść z głowy. Dlatego w tę najpiękniejszą porę roku wolno nam osiągnąć pełne łowieckie rozpasanie. Jeszcze idą na wędkę szczupaki, dobrze też biorą płocie i jazie, żerują karpie, klenie, węgorze i okonie. Oszczędzamy do czasu tylko suma i lina, ale już dla sandacza nie mamy innych względów poza regulaminowymi. Dobry miesiąc.
Około połowy czerwca kończy się wiosna właściwa, a zaczyna lato (co nie przeszkadza, pojawiającemu się z regularnością majowych „zimnych ogrodników", okresowi kilku dni dotkliwych chłodów). Nieco później następuje astronomiczny przełom letni. Od tej pory dzień, który właśnie osiągnął kulminacyjną długość, zaczyna być coraz krótszy. Narazie jednak dni czerwcowe triumfują, trwają około 17 godzin, natomiast noce są krótkie (czas między wyostrzeniem się światła gwiazd na ciemnym podbiciu nieba i pierwszym śpiewem skowronka zdaje się trwać tylko chwilę).
Do granicy wiosny i lata nadrzeczne chaszcze wypełnia coraz mniej zapamiętały śpiew słowika, kontrapunktowany krzykiem derkacza, zapowiadającego sianokosy. Coraz rzadziej w głosy ptaków wtrąca się kukułka, za to wilgi grają na fletniach lub skrzeczą na deszcz. Na początku miesiąca dogasa w lecie konwalia, nad rzeką pod starymi dębami kwitnie poziomka, w niepozornym swoim kwieciu stoją łany zbóż. Zakwitła akacja, lipy przygotowują się, żeby w końcu okresu rozpachnieć się bez opamiętania.
Czerwiec nie bez powodu nosi swoją nazwę. W tym miesiącu bowiem czerwią się pszczoły w ulach, wszędzie roi się od owadów, które i rodzą się na wodzie i giną w niej. Rzeka jest już wygrzana; średnia temperatura wody pod koniec miesiąca dochodzi do 18-19°C -ostatnia pora dla suma. Swój termiczny szczyt osiągnie jednak dopiero w lipcu. Tymczasem padają na nią chrząszczyki czerwczaki, sypią puchem wierzbowe zarośla i topole. Tę sielankę zazwyczaj zakłóca czerwcowy przybór rzek - „świę-tojanka".
Karp - banał i legenda
Karp to nasz najlepszy znajomy. W gromadzie ryb rozpozna go największy laik, jest bowiem często spotykany na naszych stołach. Z resztek godności odarł go Żabiński, nazywając karpia „tuczonym wieprzem naszych wód". Nawet więc nie dzik, a zwierzę domowe, tyle że trzymane nie w chlewie, a w specjalnej obórce zwanej stawem. Udomowiony, towarzyszy on człowiekowi przynajmniej półtora tysiąca lat. Nie ma więc w nim nic z romantyzmu dzikiego zwierzęcia. A przecież do niedawna otaczały go legendy - lokalne i szerszego obiegu. Na przykład jedna z nich głosiła, że w środkowej Odrze złowiono okaz o długości 2,5 m i ważący 35 kg! W czasie wojny francusko-pruskiej Prusacy, po zajęciu królewskiej rezydencji w Fontainebleau, dorwali się do tamtejszych stawów i łowili olbrzymy jakoby liczące sobie około 300 lat życia. Dzisiaj zanikły legendy, wyschły ich źródła. O karpiu znamy prawdę obiektywną, prawie całą prawdę. Wizerunek dobrego znajomego. Karp (Cyprinus carpio L.) dał imię swojej rodzinie karpiowatych. Jest on rozpowszechniony na wszystkich kontynentach naszego globu, z wyjątkiem naturalnie Antarktydy. Kosmopolita dużego wymiaru! Olbrzymie rozprzestrzenienie gatunku nie wynika jednak z jego ekspansywności, lecz z okazywanego mu przez człowieka zainteresowania. Zasięgowi ze wschodu na zachód nie towarzyszy pochód w szerokości geograficznej: karp nie przekracza właściwych sobie limitów klimatycznych, gdyż - jak się okaże - lubi ciepło. Nawet w Polsce nie czuje się jak w domu. „Karp nie jest przedstawicielem rodzimej ichtiofauny. Klimat Polski stwarza mu warunki cieplne do optymalnego rozwoju zaledwie przez kilkanaście dni w roku". (P. Wolny). Postarajmy się z tej opinii wyciągnąć maksimum łowieckiej korzyści. W polskich rzekach spotykamy dwa podgatunki tej ryby: karpia udomowionego, wtórnie zdziczałego uciekiniera z hodowlanych stawów, oraz aklimatyzowanego u nas karpia prawdziwie dzikiego -rzecznego sazan a, występującego w zlewisku Morza Czarnego i Kaspijskiego. Karp udomowiony i wtórnie zdziczały występuje najczęściej w odmianach rasowych - pełnołuskiego, lustrzenia, lampasowego i nagiego. Rzeczny sazan jest wyłącznie pełnołuski i ma drobniejsze ułu-szczenie niż jego stawowi pobratymcy. Cechuje go też większa wzdłużna wysmukłość, a jednocześnie większa walcowatość ciała (rys. 113 i 114). Rys. 113. Dziki karp rzeczny (sazan) - postać wyjściowa dla karpi hodowlanych, jest pełnołuski i drobnołuski, przede wszystkim zaś smuklejszy; na rysunku sazan na tle sylwety karpia hodowlanego, niżej - karp udomowiony odmiany lampasowej Czy istnieją podstawy do legendy wędkarskiej związanej z interesującym nas gatunkiem? Chyba tak. Światowy rekord wędkarski (USA) wynosi 107 cm przy masie 25,1 kg; rekord Polski natomiast, ustanowiony w 1977 r. przez A.Kucharskiego, wynosi 105 cm przy masie 24,6 kg. Istnieją i dalsze powody do potraktowania karpia nie jak zwierzęcia z podwórka, lecz jak ryby godnej łowieckiego zapału. Gruby, ciężki, można by powiedzieć bysiowaty, zdaje się wyglądać na zmysłowego sybarytę, na mało zdolnego, gnuśnego i łakomego. Wrażenie myli. Z ciała jest sprawnym zawodnikiem wagi ciężkiej, w inteligencji przewyższa swych krótko żyjących krewniaków, przy szczupaku zaś jest wyrafinowanym 3 Rys. 114. Cztery odmiany karpia zdziczałego (uciekiniera z hodowli), łowione w naszych rzekach: 1 - pełnołuski, 2-lampasowy, 3- lustrzeń, 4 - nagi (golec) intelektualistą. W tym miejscu można by przytoczyć wiele spostrzeżeń profesjonalistów, potwierdzających tę opinię. Tak więc zdziczały lustrzeń, nawet odchowany w stawie, to nie otępiałe zwierzę domowe. Po masywnym kształcie i znacznej sztywności ciała domyślamy się, że karp będzie najsilniejszy w ucieczce po linii prostej, najtrudniej zaś przyjdzie mu odpierać ataki wędki ściągającej go w bok. Warto o tym pamiętać podczas walki z zahaczoną rybą. Płaski brzuch, wypukła linia grzbietu oraz dolny i oryginalnie wysuwany (jak ryjek) pysk zdradzają, że ryba ma własną specjalizację żerową - dno. Karp żeruje stając dosłownie na głowie i raz przy razie przekopuje warstwę mułu w poszukiwaniu larw i skąposzczetów. Żerując tak, wyzwala roje pęcherzyków gazu i znaczy w ten sposób swą obecność. Karp jest rybą wielożerną: poza zwierzętami bytującymi w mule, jego pokarm stanowią chruściki, ślimaki, także raki (jeden z okazowych karpi został złowiony na całego, żywego raka). Jada też pokarm roślinny. Jedząc drobne organizmy, długo nie może zaspokoić głodu. Brunatne, brązowe, żółte i złociste ubarwienie karpia, jego sposób żerowania oraz rodzaj żeru wskazują, że jest on mieszkańcem wód nagrzanych, niegłębokich i spokojnych, o mulistym dnie, bogatych w podwodną szatę roślinną, żyznych. Wynika stąd, że jego - mamy tu na myśli lustrzenia - bardziej odpowiednimi siedliskami są jeziora, starorzecza i stawy niż rzeki, co jednak rzek o wiadomej charakterystyce siedli-skowo-żerowej zgoła nie przekreśla. Natomiast sazan jest rybą lepiej przystosowaną do prądów. Temperatura optymalna i łowy. Karpia cechuje ciepłolubność: w Polsce trze się w stawach hodowlanych w wodzie podgrzanej do 18-20°C co często przyspiesza się hormonalnymi zastrzykami. W południowych Indiach ten sam karp odprawia gody 5-6 razy w roku, na Jawie zaś nawet 8 razy! Już ta wiadomość wystarcza, żeby łączyć dobre żerowanie tej ryby z ciepłą wodą. Optymalna temperatura żeru dla karpia wynosi 22-24°C, w rozszerzonym zaś zakresie - 14-28°C. Powyżej i poniżej tych granic żer w zasadzie ustaje. Wychodząc z termicznych limitów, łatwo wyznaczymy czas karpiowych żniw. W najogólniejszym ujęciu przypada on między drugą połową maja a końcem drugiej dekady września. Sam szczyt sezonu lokalizuje się w połowie lipca (tab. 9). Eksperci wypowiadają się na ten temat w następujący sposób. „Optymalne wykorzystanie pasz przez karpia ma miejsce w lipcu i sierpniu, w wodzie o temperaturze powyżej 20°C (P.Wolny). Sezon „rozpoczyna się ... przeważnie w drugiej połowie maja i kończy we wrześniu. Najlepszym miesiącem do połowu karpi jest niewątpliwie wrzesień" (Wyganowski). Drugi głos inaczej lokuje sam wierzchołek szczytu, we wrześniu zamiast w lipcu. Trochę odmienny sąd w tej sprawie wynika również z wykresu złowień medalowych (rys. 115). Sygnalizowanego przezeń lipcowego załamania wolno nam nie odnosić do rzek; należy przypuszczać, że opisuje on zjawisko właściwe dla wysoko nagrzewających się w lipcu stawów, w których duże karpie medalowe bywają łowione. Karp lubi dni wygrzane. Przelotne ciepłe deszcze raczej podniecają jego żerową aktywność, tyle tylko, że nadają jej swoistego rytmu właściwego dla karpiowatych: ostry żer tuż przed deszczem, zahamowanie żeru po deszczu nawalnym lub obfitym, żer nieprzerwany podczas deszczyku skąpego. Nieprzyjazne wędkarzowi są jak zwykle chłodne wiatry północne i wschodnie, w mniejszym stopniu - suche i gorące wiatry południowe pochodzenia kontynentalnego. Zmętniała od ciepłego i lekkiego przyboru rzeka nie przeszkadza rybom w apetycie. KARP Sezony łowieckie N V VI w vm lx X XL Kalendarz PZW i LOP ( U. rryyunurv$Kt P. Wolny «^ Wykres (okazy medalowe) 3 f//2 Temperatura optymalna (22-24°) Sezony zalecane (przy średnich temperaturach Tabela 9. Sezony łowieckie karpia według różnych wskazań Rys. 115. Wykres aktywności żerowej karpia; uwagę zwraca wyjątkowo duża liczba złowień, z których część nastąpiła w podgrzanych wodach zrzutowych (przy wyraźnej ciepłolubności ryby zastanawia lipcowa „dolinka") Zdaniem Wyganowskiego karp żeruje bardzo kapryśnie i tylko wiosną i jesienią bierze przynętę przez cały dzień. Od czerwca zaś poczynając, najlepsze wyniki przynoszą godziny między zmierzchem a wschodem słońca. Nieco inaczej pisze o tym Starmach: „karp żeruje prawie całą dobę, z krótkim odpoczynkiem nad ranem". Ta opinia wydaje się bardziej celna: badane przez autora fakty złowień potwierdzają całodobowe żerowanie karpi. Dlatego zasiadłszy nad dobrze zanęconym łowiskiem mamy szanse ziścić nasze marzenie o wielkiej rybie w różnych godzinach doby, ze szczególnym jednak wskazaniem godzin wczesnorannych, potem przedpołudniowych, w końcu przedwieczornych. Podejmując decyzję o wyjściu nad rzekę z karpiową wędką, miejmy na uwadze zmiany cieplne rzeki, jakie zaszły w ciągu ostatnich dni i jakie właśnie zachodzą. Na przykład stopniowe podgrzewanie się wody wskutek narastającego ciepła powietrza należy ocenić jako zjawisko sprzyjające wędkarzowi. Nie przeoczmy również przyzwyczajenia ryb, które mogło nastąpić w rezultacie podawania zanęty w stałym rytmie czasowym. Karpiowe regiony i siedliska. Rzeczny karp na wędce, to tylko z pozoru mrzonka. O wiele trudniej od niego jest zdobyć grubego jazia lub płoć. Żeby wliczyć karpia do trofeów, należy tylko spełnić rzetelnie pięć warunków. Pierwszy z nich polega na odkryciu właściwego łowiska, a jeszcze przed nim - karpiowego regionu w rzece. Jeden z autorów powiada, że nie należy rozpoczynać łowienia karpi w wodach i miejscach, gdzie nie słychać charakterystycznego, głośnego cmokania żerujących powierzchniowo ryb tego gatunku. Autor tej pracy musi jednak wyznać, że spędziwszy wiele dni i nocy nad rzekami, takiego cmokania nie słyszał. Łomotliwe zaś z pluskiem hałasowanie, które one w zamian cmokanie ewentualnie wywołują, może być z powodzeniem przypisane również sumom. W takiej sytuacji zamiast nasłuchiwać sygnałów dźwiękowych, lepiej rozpoznać siedliskowe warunki panujące w badanym odcinku rzeki i przez porównanie ich z gatunkowymi potrzebami wybrać odpowiednie miejsce. Uważnemu obserwatorowi ryb musiały się rzucić w oczy pewne zbieżności w potrzebach siedliskowych karpia i węgorza. Oba gatunki są wyraźnie ciepłolubne, oba też mają podobne żerowiska. Odnosi się to szczególnie do karpi lustrzeni. Na podstawie podobieństwa gustów, rozpoznany ewentualnie region węgorzowy rzeki lub nawet łowisko możemy zakwalifikować jako obszar sprzyjający pobytowi karpi. Ryby te, podobnie jak węgorze, koncentrują się w wybranych odcinkach rzeki. Obszarami częstszego występowania karpi, tj. karpiowymi regionami, są odcinki rzeki średnio głębokie i uspokojone, o rozwiniętej linii brzegowej i bogatej w przyrzecza, z dostatkiem roślinności wodnej i nadwodnej, z przymulonymi odstoiskami na poboczach nurtu i ze zwałami brył oraz drzewnych zawad w nurcie, ze starymi główkami i materacami. W takim to właśnie regionie trzeba wynaleźć ustronne łowisko i w nim kusić szczęście. Szczególnie duże egzemplarze lustrzeni, szukając wysokich gwarancji bezpieczeństwa, lubią się wtulać w głębokie doły przybrzeżne, oddzielone od świata gąszczem drzew i wierzbowych zarośli. Nawet sazan, lepiej od zdziczałego lustrzenia przystosowany do życia w prądzie, pilnie szuka azylu w śródrzecznych dołach i odmętach, ufortyfikowanych wszelkiego rodzaju przeszkodami dla sieci oraz innych naturalnych wrogów. Zanęty i przynęty. Drugi warunek pomyślnego spotkania z rzecznym karpiem polega na szczególnie solidnym zanęceniu łowiska, przez co nie należy rozumieć jednorazowego wrzucenia do wody wiadra gotowanych krup. Karpia należy przyzwyczaić i do miejsca, i do żeru, trzeba więc dać mu czas na przywyknięcie, na wyciszenie jego wielkiej ostrożności. W tej sytuacji nie tak ważny jest rodzaj zanęty, co sposób i czas jej zadawania. Pierwszy etap nęcenia polega na umieszczeniu w łowisku zanęty wytwarzającej pozytywny huczek wśród drobnicy i ryb mniejszych, co osiągamy przez wrzucenie na dno sporej ilości karmy smużącej zaprawionej gliną (otręby, gniecione z otrębami ziemniaki itp.) i z małym dodatkiem grubej karmy niedostępnej drobnicy (krajane ziemniaki, groch). Zanętę smużącą możemy zastąpić kaszą lub pęczakiem, także ziarnem, jeżeli mamy pewność, że występujący w łowisku prąd pozwoli karmie opaść na dno we właściwym miejscu. Objaśnienia: A - alarm, D - doprowadzenie, K - kontrola, Ws - wąsy, Wg - wargi, Us - usta; + - zmysł ma znaczenie w wyszukiwaniu pokarmu, (+) - zmysł nie musi uczestniczyć w zdobywaniu żeru. Samo zanęcanie karpi następuje dopiero w drugim i ewentualnie trzecim etapie nęcenia. Etap drugi trwa 2-3 dni. Tym razem stosujemy karmę w przewadze lub wyłącznie grubą: groch, grubo krojone ziemniaki z dodatkiem pęczaku lub pszenicy. Rozsiewamy ją dość szeroko, także przy samym brzegu, żeby zmusić ryby do pracowitego jej wybierania i żmudnego sycenia się. Etap trzeci obliczony jest na karpie wyjątkowo duże i wtedy, poza zwykłą karmą, rzucamy w łowisko gałki z gotowanego ciasta o średnicy do 3 cm lub zdecydowanie grubo pokrojone i formowane w bryłki (ze ściętymi krawędziami) ziemniaki. W przekonaniu wielu wędkarzy najskuteczniejsza jest przynęta o kształcie kulistym. Równie ważny jest kolor zanęty i przynęty. Już dawno rybacy-hodowcy zauważyli, że karpie nie znoszą koloru białego. Dlatego zarówno ziemniaki, jak i zanętowe (i przynętowe) gałki zabarwiamy barwnikami spożywczymi na żółto lub pomarańczowo (tab. 10). Jeśli idzie o gałki, to istnieją różne recepty na karpiowe ciasto. W jego skład mogą wejść: otrąbki pszenne, płatki zbożowe, tarta bułka, mąka pszenna i ziemniaczana, mąka grochowa, białko jaja, trochę sztucznego miodu. Gatunek ryby Wzrok Linia boczna Węch Smak A D K A D K A D K Ws Wg Us Szczupak + + + + + Okoń + + (+) (+) + + + + Kleń + + + + + Karp (+) (+) + + + Lin (+) (+) + + + Leszcz (+) (+) + + Sumik amerykański + + + + Węgorz + + + + (+) + + Miętus (+) (+) + + + + + + + Tabela 10. Udział poszczególnych narządów zmysłu ryb w wyszukiwaniu pokarmu (wg Wundera i Starmacha za Gajewskim) 7- Wędkarstwo rzeczne 193 Urobione z wybranych składników ciasto, zaprawione mąką ziemniaczaną i białkiem jajka jako spoiwem oraz odpowiednio zabarwione, służy do tworzenia gałek, które następnie gotujemy. Wrzucamy je w zanęcane łowisko po 20-25 sztuk, resztę przywabiających zadań pozostawiając pęczakowi, grochowi lub ziemniakom. Karmę zadajemy w późnych godzinach popołudniowych, możemy ją uzupełniać rano. Wyganowski uważa, że zanęcanie karpi powinno trwać przynajmniej 8 dni, a w niektórych wypadkach nawet miesiąc. Wypowiadamy się za 4-5-dniowym nęceniem i późniejszym donęcaniem towarzyszącym łowieniu. Zanęcając nie przesadzajmy z ilością karmy; nie należy dopuścić do zakwaszenia się jej nadmiaru. W dni nęcenia wolno nam łowić w zanęcanym łowisku szczupaki, okonie i drobnicę, poddając się wszystkim rygorom cichego zachowania. Spokój w nęconym miejscu, a potem wzorowe zachowanie się wędkarza to trzeci warunek decydujący o powodzeniu. Pierwszą zasiadkę odbywamy bardzo wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem słońca. Łowimy na najatrakcyjniejszy składnik naszej zanęty: groch, ziemniaczana bryłka lub gałka z karpiowego ciasta. Karpiowe wędki. Odpowiednia wędka-wytrzymała i sprawna-ozna-cza spełnienie czwartego warunku łowieckiego powodzenia. Wiemy, że mamy do czynienia z rybą bardzo silną, rwącą wędki. Do utrzymania jej więc na haczyku i wyholowania potrzebna jest wędka mocna, dobrze amortyzującą uderzenia. Wiemy również, że karp jest rybą inteligentną i nieufną wobec świata. Stąd wynika żądanie pod adresem wędki, żeby nie odstraszała, żeby była komunikatywna i nieoporna, co - jak łatwo zauważyć - jest w pewnej sprzeczności z domaganiem się od niej siły i wytrzymałości. Trzeba więc szukać rozsądnego kompromisu. Do wędek karpiowych nie używajmy kijów twardych, wybierajmy raczej średnio miękkie, jaziowe. Pozwoli to nam użyć nie tak grubej żyłki, jakby to dyktowała siła ryby. Można przyjąć zasadę, że przewidując łowienie ryb do około 3 kg, użyjemy żyłki głównej o średnicy 0,30 mm, byle najmocniejszej; z grubszymi sztukami, może nawet do 10 kg, poradzi dobra żyłka o średnicy 0,35 mm, najgrubszym zaś damy się zmierzyć z kalibrem 0,40 mm. Wyganowski sięga dalej, sugerując użycie żyłki o średnicy 0,60 mm, gdyby jednak swoje rady formułował współcześnie, być może nie posunąłby się tak daleko. Względna cienkość żyłki powinna być asekurowana (poza dużą elastycznością kija) przez duży jej zapas na kołowrotku (do 100 m). Użyjemy też przyponów najwyższej jakości, o średnicach 0,25-0,30 mm. Za każdym razem łączymy je z żyłką główną bardzo starannie, po szczęśliwym zaś holu ryby nie przesadzimy, jeżeli zwiążemy je po raz drugi od nowa. Nigdy prostym węzłem pętlicowym! Haczyk jak zawsze pojedynczy, wielkości wyznaczonej przez rozmiary przynęty, z krótkim ramieniem i bardzo ostry, obowiązkowo kuty i niełam-liwy. Odrzucamy kotwiczki! Opisanych zestawów użyjemy albo na przystawce spławikowej, albo na dence. Denki użyjemy łowiąc w prądzie z tamy lub łódki, a więc raczej Rys. 116. Dwa bezkonfliktowe spła-wiki m.in. do wędki karpiowej; A -przelotowy: a - przesuwany węzeł zderzakowy, b - plastykowa rurka, c - obły bezkonfliktowy ciężarek; 6 -tradycyjny (w obu żyłka łączy się z zatyczką przynajmniej na jej końcach} na stanowiskach sazanowych. Do łowisk nurtowych, przybrzeżnych najwłaściwszą okaże się przystawka. Nie różni się ona w zasadzie od jazio-wej, ponieważ i tu obowiązuje dopasowanie zestawu spławik-ciężarek odpowiednio do siły prądu w łowisku oraz zapewnienie mu największej wrażliwości i nieoporności; z całą troską o bezkonfliktowość mocujemy na żyłce spławik (rys. 116). Na starorzeczach łowimy na przystawkę jeziorną, tj. zwykłą wędkę spławikówą przystosowaną do siły i wrażliwości ryby. Przynętę kładziemy wówczas na dno, a o manewrach ryb sygnalizuje nam lekki, biały spławik, tym razem wykonany choćby z gęsiego pióra. I przy tej wędce wolno nam stosować niewielki ciężarek przelotowy, co umożliwi dalekie wyrzuty, a nie przeszkodzi lekkim spławikom. Zacięcie i hol. Karp, w zależności od swej kondycji żerowej i przyzwyczajenia do podawanej mu karmy, rozmaicie bierze przynętę. Cza- Rys. 117. Ucieczka karpia pod nawisy krzaków zwykle nie bywa tak groźna, jak to się wydaje przerażonemu wędkarzowi sami spławik wskazuje na smakowanie jej, kiedy indziej bez uprzedzenia nurkuje, rzadziej po prostu kładzie się na wodę. We właściwym momencie obowiązuje wędkarza wykonanie dość ostrego zacięcia, z uwagi na twardy pysk ryby. Wybranie tego momentu nie stwarza problemu. Dopiero wyholowanie zaciętej ryby staje się łowiecką sztuką, a tym samym spełnieniem ostatniego - piątego - warunku zaliczenia karpia do trofeów. Jak rozmaite bywa branie, tak dość typowa jest pierwsza reakcja zaciętej ryby. W jednej sekundzie daje ona wspaniałego, nie do powstrzymania susa w najbliższą kępę rdestnic lub pod nawis krzaków (rys. 117). Kto w takiej sytuacji, zaskoczony gwałtownością manewru i zagrożony utratą karpia w zawadach, natęży wszystkie siły i całą moc wędki, żeby powstrzymać rybę w ucieczce, ten ją niechybnie straci wraz z przyponem. Trzeba naturalnie karpia hamować, lecz czynić to z czuciem i w końcu nawet pozwolić wejść rybie w zawady. Po chwili ona tam się zatrzyma i wtedy, jeśli ugrzęzła w gąszczu wodorostów (starorzecze), należy wykorzystać okazję do strząśnięcia z żyłki niebezpiecznego balastu roślin. Ruszony z miejsca karp zwykle opuszcza kryjówkę, dając nura w głębsze, otwarte tonie. I znowu, jeżeli on odchodzi, a żyłka ciągle jest zamotana w wodorosty, pozwalamy mu na ucieczkę. Radzi z takiego obrotu sprawy, jednocześnie potrząśnięciami szczytówki uwalniamy żyłkę z reszty zielsk. Na czystej wodzie walka i hol jest już kwestią zwykłej umiejętności doświadczonego wędkarza. Jedna z jego taktycznych sztuczek polega na hamowaniu ryby nie po linii jej ucieczki, lecz w bok, na skręcaniu jej łba w którąś ze stron. Dobrze też wydobyć mu pysk na powietrze, którym zachłyśnięty, traci siłę do walki. Nim do tego dojdzie, hamowany przez ściąganie go do góry karp lubi wyskoczyć ponad wodę, co może zdetonować wędkarza i sprowokować do nierozważnej akcji. Podobnie walczymy z karpiem w warunkach rzeki. I tu w pierwszej chwili pozwalamy mu, nie bez oporu, uciekać choćby pod wierzbowe nawisy. Lepsze to, niż zerwanie wędki w pierwszej sekundzie lub nawet przyhamowanie ryby i podniesienie jej w otoczeniu krzaków. Karp, dając nura pod nie, czyni to przy samym gruncie, pod wszystkimi gałęziami i tam prowadzi za sobą żyłkę. Potem w końcu zatrzymuje się i daje ruszyć w bok na otwartą wodę. Żyłka dążąc za nim ześlizguje się po krzakach i uwalnia od nich. Zwróćmy uwagę, że pracującą w takich warunkach wędkę musi cechować łatwa przenikliwość przez gałęzie i wodorosty. Nie wolno jej zaczepiać się jakimikolwiek zadziorami przy niedbale skręconym obciążeniu lub spławiku (opływowe kształty obu). W przeciwnym razie dochodzi do awarii.
Kleń - ryba nie dla dyletantów
Powrót do kleni nastąpił po latach. Początek dąsów miał miejsce nad Łyną koło Cerkiewnika... Ranek był świeży, woda chłodna i czysta. Klenie tłukły się po przeciwnej stronie pod schylonymi nad wodą drzewami i nijak było się do nich dostać. Wreszcie jakiś zgrabniejszy przerzut denki przez rzekę sprawił, że po niedługim czekaniu „szła" do podbieraka bardzo piękna ryba. Wzięła na ziemniaka. Kleń należy do ryb, które cieszą wędkarza: okazały, klocowaty, cały w kratkę utkaną z czarnych obrzeży dużej srebrnej łuski. Daje nam szczególną przyjemność, kiedy walczy na wędce jak bohater i potem, kiedy obejmujemy dłonią jego grube karczysko. Dobrze też prezentuje się w siatce; trzy, cztery zaś w niej sztuki to już cicha euforia wędkarza, zachwyt widowni. Zerwanie stosunków mimo wszystko nastąpiło. Otóż podczas kolacji z udziałem bohatera dnia (klenia) okazało się, że forma raz jeszcze przerosła treść. On był po prostu niesmaczny! Dla wątpliwych zalet smakowych nie warto gubić pięknych ryb, a chwytać je dla czystej przyjemności i wypuszczać nerwowo zszargane i z dziurawym pyskiem? Trudno wyłgać się samooskarżeniu o coś, co w obcej mowie nazywa się „Schadenfreude". Dlatego trzeba było się rozstać, ale nie na zawsze. Później bowiem okazało się, że klenie nie są tak podłe w smaku. A biorą pięknie: jeden bez uprzedzenia szus spławika i prawie w tym samym momencie trzeba odpowiedzieć krótkim jak oka mgnienie zacięciem. Spóźnisz się o sekundę i nie ma klenia. Chyba żeś trafił na pechowca. Po zacięciu następuje walka - twarda, pełna szaleństw. Ryba nie szczędzi krzepkich sił, żeby żyłka poszła w diabły, ona sama w koryto rzeki, a wędkarz żeby został na brzegu ze sflaczałą wędką i niezbyt mądrym wyrazem twarzy... Gdybyśmy sporządzili listę ryb bardzo sportowych, wiele zachwalanych gatunków mogłoby się nie utrzymać na niej, a kleń by pozostał. Wizerunek gatunku. Kleń (Leuciscus cephalus L.) należy do rodziny karpiowatych. Szczególne powinowactwo łączy go z jelcem i jaziem. Pokrewieństwo bywa kłopotliwe przy rozróżnianiu młodych ryb tej trójki. Kleń jest w Europie rybą pospolitą, zasiedlającą wiele rzek i jezior -koniecznie przepływowych lub zaporowych. Nie zna go północna Dania, Szkocja i Irlandia. Vostradowsky twierdzi, że „kleń nie jest wrażliwy na jakość wody; można go spotkać w pobliżu ścieków bytowych..." Zeiske to potwierdza: „dopływy organicznych zrzutów (browarnie, rzeźnie) są przeważnie ulubionymi miejscami jego zgromadzeń". Oba cytaty brzmią chyba zbyt kategorycznie. Kleń jest bowiem gatunkiem doskonale wpasowanym w środkowe krainy rzek i w takich przede wszystkim siedliskach - biało-wodnych, twardodennych - szukajmy jego siedzib. Nie spodziewajmy się zaś kleni w rzekach ustawicznie mętnawych, przegrzanych, z mulistymi dnami. Kształt ryby kwalifikuje ją do zespołu mieszkańców wód dynamicznych; swym bocznym profilem bardziej przypomina jelca niż jazia. Linie łba (cephalus znaczy „głowiasty") i grzbietu utwierdzają w naszym przekonaniu; zostały wymodelowane jakby z myślą, żeby ułatwić rybie przebywanie w bystrej strudze nad dnem (rys. 122). Kleń jednak nie jest rybą denną, a raczej naddenną. Nie wdając się w szczegóły dowodu, trzeba stwierdzić, że pasuje do niego wszystko, co wcześniej zostało powiedziane o jelcu. Jest to ryba płaskich, niezbyt głębokich przepływów, przystosowana do uniwersalnego żerowania z powierzchni fali, z nurtu i dna. Gdyby uznać go za wielką odmianę jelca, to jeden przynajmniej detal różniłby ryby; kleń ma wyjątkowo duży pysk okolony grubymi wargami smakosza i żarłoka. Taki pysk jest nieodzowny Rys. 122. Kleń - wielkopyski barczysty, pleczysty krewniak jelca i jazia; od niego mogła pójść w przysłowie „gruba ryba" dużej rybie z jaiowych wód, gdzie żeby żyć, trzeba umieć wykorzystać każdą okazję pochwycenia choćby dużego żeru. Szeroki zakres pokarmowy ryby musi iść w parze z rozwiniętą umiejętnością wybierania rzeczy jadalnych. Kleń ma warunkujące ją cechy: dobry wzrok darzący sympatią ciepłe barwy, dobry węch oraz smakową wrażliwość. W celu zorientowania się, jak współdziałają jego zmysły, wróćmy jeszcze raz do tabeli 10. Dopełni ona nasze wyobrażenie o kleniu jako rybie bystrej i wrażliwej, sprawnej w swym siedlisku, okazującej w dostępny sposób zainteresowanie otoczeniem oraz inicjatywę, obok nich zaś - czujność. Tego wymaga życie w niebezpiecznych, gdyż nie bardzo głębokich o otwartych i na domiar niezbyt żyznych wodach, w których istoty ociężałe i mało czujne giną. Ryba więc nie dla dyletantów. Kleń potrafi wyrosnąć prawdziwie pięknie. Polski rekord w gatunku, ustanowiony przez T. Felisa w 1973 r., wynosi 6,30 kg przy 0,83 m długości. Jest o czym marzyć i na co się zamierzać. Rodzaje żeru i pory żerowania. O kleniu da się powiedzieć, że łatwiej wyliczyć to, czego nie jada, niż to, co uznaje za jadalne. Z tej racji jednak, że jadłospis trzeba sformułować w sposób pozytywny, przeto wskażmy na żyjące w wodzie wszystkie drobne zwierzęta, a także rośliny (glony). Znaczną część pokarmu klenia stanowią owady wpadające do wody, od trwadopokrywych chrabąszczy przez polne koniki aż po delikatne jętki. Z apetytem pożera również drobne żabki i kijanki, a twierdzi się, że nawet zdechłej myszy nie przepuści. Gustuje w nasionach roślin uprawianych przez człowieka, w sposób oryginalny rozsmakował się w owocach jagodowych (owoców jarzębiny nie jada, chociaż dzika i często nad rzeką spotykana), nie gardzi odpadkami z kuchni człowieka (stąd nie dziwi nas traktowanie jako atrakcyjnej przynęty jelit drobiu i stężałej krwi). Na samym końcu trzeba wymienić jego półdrapieżnictwo. I chociaż uważa się, że pożerane rybki nie wychodzą mu na zdrowie, ponieważ następuje zaczopowanie przewodu pokarmowego nietrawionymi ośćmi (Grudnie-wski), to jednak poluje on na nie bardzo często i już od wczesnej młodości. Przedstawione menu daje wyobrażenie o możliwych do stosowania przynętach, bez potrzeby nużącego wyliczania. Przy ich wyborze trzeba jednak pamiętać o wrażliwości gatunku na przemienność pokarmową rzeki, a także o konieczności przyzwyczajenia klenia do przynęty, której on nie zna z własnego doświadczenia (zanęcanie nią łowiska). Szukając obiektywnych wskazówek pozwalających zlokalizować w czasie okresy najlepszego żerowania klonków, trzeba stwierdzić, że nie znamy ich temperatury optymalnej ustalonej doświadczalnie bądź w trybie badań nieeksperymentalnych. Pozostają domysły i autorytety. Tak więc późne tarło (grupa spod znaku osoki aloesowatej i czarnego bzu) wskazywałoby na skłonność gatunku do ciepławych raczej wód, fakt zaś, że kleń przystosował się do szczególnie bujnego bytowania w środkowych piętrach rzeki, utwierdza nas w przekonaniu, że również środkowe - tzn. umiarkowane - są jego termiczne potrzeby. Czy są więc dwa sezony łowieckie? Kalendarze wędkarskie przeczą z miejsca tej sugestii, ich autorzy wypowiadają się za jednym sezonem i lokalizują go w lipcu, sierpniu i wrześniu. A więc jest ciepłolubny, prawie jak karp?... Nim spróbujemy zająć niezależne stanowisko, spójrzmy jeszcze na wykres złowień medalowych (rys. 123). W sposób interesujący dokumentuje on wręcz zgodną dynamikę złowień na przestrzeni dwu kolejnych pięcioleci - 1967-71 i 1972-75, przeczy kalendarzom PZW i LOP, zaznaczając spadek tam, gdzie one podają wzrost aktywności żerowej (tab. 12), i w końcu zaskakuje nas swym chimerycznym skokowym przebiegiem. W tej sytuacji proponuje się włączyć w zespół niezgcdnych opinii również sugestie autora: zakres optymalnego dla gatunku ciepła zamyka się w granicach 15-20°C; za wysoką górną granicą przemawia fakt, że jego macierzysty obszar (krainę brzany) charakteryzują latem dość wysokie poziomy termiczne wody... A poza wszystkimi sugestiami, Bug i Narew wielokrotnie oraz szczególnie obficie darzyły autora kleniami właśnie w czerwcu, podczas późnych sianokosów (i po tarle), tj. w czasie bynajmniej niejednomyślnie uznanym przez wymienione w tabeli 12 źródła za korzystny. Na tej właśnie podstawie znalazł się kleń w tym rozdziale książki. Tradycyjne pytanie o pory i godziny najpilniejszego żerowania nie przyniesie oryginalnej odpowiedzi: świt, potem przedpołudnie, w końcu podwieczorek - klasyczny rytm dzienny ryby-wzrokowca. Odpowiadają mu dni pogody z chmurami kłębiastymi {cumulus) na niebie i przy lekkim wietrzyku. Bywa też, że bierze przynętę w przerwach między długotrwale siąpiącymi deszczami oraz przy silnym wietrze i rozfalowanej rzece. KLEŃ Sezonu łowieckie W V w w vm dc x xi Kalendarz PZW i LOP my/////////zz F. Fabian Wllitrem(nUn7u mpn'nlnuvf> V/// I Temperatura optymalna (15-20°) Sezonu zalecane (przu średnich temperaturach, i '//// Tabela 12. Wszystkie opinie i sugestie mówią o długim sezonie kle-niowym - od tarła po jesień (Wyganowski i Grudniewski nie wypowiadają się) Liczba złowień IV V VI VII VIII IX X XI Rys. 123. Wykres aktywności żerowej klenia; trudno przeniknąć jego kaprysy Łowiska, wędki, taktyki i przynęty. Siedliska kleni znajdują się w tych fragmentach rzeki, gdzie dość szybki, lecz w zasadzie prostolinijny prąd przetacza się nad dnem twardym, z niewielkimi cieniami prądowymi pod niezbyt grubą warstwą wody -1 -2,5 m. W takich fragmentach koryta nie występują kipiele, ostre zawirowania, natomiast prądowe przelewy i obszerne, nie rozmywające dna pętle mieszczą się w dość swobodnie rozumianej i użytej tu prostolinijności. Szukając kleniowych stanowisk, rozglądajmy się szeroko po rzece za trasami prądów. Za najbardziej obiecujące uznajemy miejsca, w których wody rzeki zbierają się jak w spłaszczonym lejku (przewężenie prądów) i zaraz potem rozładowują się w swej dynamice albo wytwarzają płaskodenne pobocza głównego nurtu. Tu następuje koncentracja niesionego przez wodę pokarmu, zmiatanego przez strugi wody z większych obszarów dna i brzegów. Atrakcyjność takich stanowisk podnosi bliskość (powyżej nich) bogatych łąk oraz przybrzeżnych skupisk drzew i krzewów, niejako zaopatrujących rzekę w pokarm. Klenie zaś lubią się trzymać brzegów i to nad dnem płaskim, bardziej im właściwym niż głębokie doły. W płaskim, nieciekawym korycie rzeki dostrzegliśmy poprzeczny warkocz przykosy. Jeżeli poniżej niej ryby objawiają swą obecność, to znak, że miejsce nie należy do kurzawkowatych. Tu właśnie można zastosować najmniej atrakcyjną wędkę kleniową - denkę .Użyjemy do niej wyjątkowo wytrzymałego w szczytówce wędziska (choćby tańszego kija spiningowego), wysłużonego kołowrotka z nieruchomą, dużą szpulą oraz dość grubej żyłki - o średnicy 0,35 mm. W celu ułatwienia dence utrzymanie się w prądzie, zastosujemy oryginalnie ukształtowany ciężarek zwany małżem (rys. 124), natomiast żeby nie zniechęcało ryb „granie" Rys. 124. Ciężarek małżowy (odiewany w łyżce) stosowany w bystrych prądach żyłki rozpiętej w szybko płynącej wodzie - przy poprzecznie-ukośnym postawieniu wędki - dowiązujemy długi przypon (60-80 cm) z żyłki o średnicy 0,25 mm. Na duży grochowy lub rosówkowy haczyk nakładamy przynętę odporną na działanie prądu. Może nią być solidnie nałożona połowa rosówki, ziarno (a nawet dwa) grochu, czarna pijawka, larwa minoga, rak, czereśnia. Właściwe metody łowienia kleni zaczynają się jednak tam, gdzie denki nie mają racji bytu. Przystawki kleniowe są różne. Jedną z nich jest przystawka spławikowa, identyczna jak ta, której użyliśmy do łowienia jazi. Niekiedy wspólne z jaziami okażą się również łowiska, zwłaszcza gdy czyhamy na sztuki grube, schodzące z dennych płaszczyzn w bezpieczniejsze zakątki pod przybrzeżną drągowinę. Łowiska kleniowe zanęcamy tak samo jak jaziowe, przez sypanie gruboziarnistej albo kęsowej zanęty- luzem lub w glinie. W roli przynęty stosujemy groch, pijawki, raki, rosówki, barwiony pęczak (kilka ziaren) i ziemniaki. Możliwe jest również stosowanie małych srebrnych żywczy-ków: bystrzanek, uklei i słonecznic. Łowiąc z zasiadki, przestrzegamy rzetelnie wszystkich rygorów dotyczących przygotowania wędki i łowiska, miejsca holu i siedziska, i w końcu zachowania się wędkarza. „Powodzenie przy łowieniu tej ryby uzależnione jest od stosownego zachowania się wędkarza nad wodą. Wyrzut wędki powinien być wykonany z dala od łowiska, z pozycji leżącej lub klęczącej" - doradza Wyganowski. Darując sobie pozycję leżącą, na pewno nie będzie przesady w utrzymaniu pozycji niskiej (klęczenie, siedzenie) oraz w usadowieniu się możliwie najdalej od skraju wody. Rozbiegany po krawędzi brzegu lub stojący sposobem czapli nad spławikiem mieszczuch nigdy nie złowi ładniejszej ryby. Rys. 125, Przystawka w głębszej, brzegowej wyrwie przy wysokim brzę gu; obowiązuje dystans, dyskrecja Przy łowieniu kleni dobre usługi odda również jaziowa przystawka spławikowa z ciężarkiem przelotowym - pośrednie ogniwo między wędką spławikową a denka (rys. 125). Stosujemy ją przeważnie w łowiskach bardziej oddalonych od wędkarza, tam jednak, gdzie prąd pozwala utrzymać w miejscu spławik. Łowimy więc na tę wędkę np. z wysokich burt w głębszych i większych wyrwach brzegowych, przy czym odległość między szczytówką a spławikiem dochodzi nawet do 5-6 m. Łowiska obła-pywane taką wędką również zanęcamy, podrzucając zanętę nie na los szczęścia i na łaskę prądów, lecz tam, gdzie opadłszy na dno, sama by się zatrzymała i zaległa. Jest to ważna zasada nęcenia. Sposób w jaki kleń bierze przynętę został już opisany na samym początku rozdziału. Błyskawicznemu braniu odpowiada natychmiastowa reakcja wędkarza, który przez cały czas łowi z ręki, tj. bez odkładania kija. Zaciętą sztukę odprowadza spokojnie w bok, ciągle nie pokazując się pozostałym w łowisku rybom, i tam dopiero po pięknej walce doprowadza ją do podbieraka. Radosne zapamiętanie się w czasie holu (krzyk, pozycja wyprostowana, tupanie) świadczy o niedojrzałości łowieckiej, przekreśla szansę na dalsze zdobycze. Pośród wielu typów przepływanek, stosowanych do łowienia ryb kar-piowatych, na wyjątkową uwagę zasługuje przepływanka prą- d o w a (rys. 126). Narzuca ona wędkarzowi stałą aktywność, a więc jest bardzo sportowa i stanowi jeden z najpiękniejszych sposobów łowieckich znad nizinnej rzeki. Stosujemy ją w umiarkowanych, a nawet spiesznych prądach, w miarę prostolinijnych, nad równym dnem, w średnio głębokich przepływach (do 2m). Najogólniej przypomina ona przepły-wankę używaną do łowienia białorybu w smudze zanęty. Różni ją jednak długość trasy, po której prowadzimy przynętę (nawet kilkadziesiąt metrów) oraz duża odległość między wędkarzem a spławikiem, gdyż odcinek żyłki prowadzącej przekracza zwykle długość wędziska. W tym miejscu domyślamy się, że takie użycie wędki pociąga za sobą powstawanie dużych luzów żyłkowych, a co za tym idzie, pomnaża liczbę spóźnionych reakcji, pustych zacięć. Można jednak powiedzieć, że to nawet podnosi emocjonalną wartość metody, nie przekreślając szans łowieckich; oczywiście, jeżeli wędka znajduje się w rękach sprawnego wędkarza. Opisywana metoda wymaga więc czujnego prowadzenia wędki przez wszystkie kaprysy prądu, szybkiego odczytywania ruchów miotanego przez wodę spławika, rozróżniania jego przytopień spowodowanych nierównościami dna od pewnych siebie akcji ryb. Wszystko to powinno odbywać się w znacznym oddaleniu od brzegu i na długiej żyłce. Na prądową przepływankę łowimy z miejsca lub z ruchu w dwu różnych sytuacjach brzegowo-łowiskowych, a mianowicie, gdy jest możliwość prowadzenia przynęty od siebie w dół rzeki wahadłowymi zakosami (stanowiska na cyplu, na główce, w łódce) albo kiedy prowadzimy wędkę równolegle do brzegu, krocząc za nią lądem. W obu sytuacjach, korzystając z dogodnego ruchu wody, albo doprowadzamy przynętę do przypuszczalnych stanowisk ryb, np. na linii jakiegoś spadu dennego, albo Rys. 126. Przepływanka prądowa - na średnio głębokie i dość dynamiczne przepływy; metoda pięknie sportowa i skuteczna prowadzimy przynętę liniowo przez dłuższy odcinek penetracji żerowej kleni, np. wzdłuż bocznej krawędzi koryta głównego. W każdym wypadku spławiamy przynętę i spławik na lekko ściąganej żyłce przy dość wysoko podniesionej szczytówce: przyhamowujemy je, pozwalamy na chwilę zatrzymać się lub cofnąć nieco za sprawą płaskiego skrętu wody... Technice musi odpowiadać narzędzie - nie męczące, długie, (około 4 m) i śmigłe wędzisko z kołowrotkiem o ruchomej szpuli, żyłka nie grubsza niż 0,25-0,30 mm z przyponem zbliżonym do 0,20 mm, wysokiej klasy; spławik i obciążenie przystosowane do warunków prądowych w łowisku, nie cięższe nad potrzebę, ale i nie za lekkie. Haczyk trzeba dobrać stosownie do przynęty, a tą może być każda z używanych na przystawce. W szerszym zakresie wchodzą tu (tylko na klenie) owoce pestkowe oraz małe żywczyki. Stosując owoce, nie słuchajmy płynących zewsząd rad, żeby posługiwać się przy nich potrójnymi kotwiczkami. Pojedynczy haczyk jest bardziej humanitarny i lepiej utrzymuje owoc. Wszystkie przynęty podajemy z dna. Wyjątek stanowią tu żywczyki spławiane nad dnem. Wyganowski za najlepsze uznaje różanki. W doświadczeniu autora mieszczą się tylko ukleje i piekielnice. Brak w nim również poznania skuteczności małych żabek. Obławiane miejsca można wcześniej zanęcić kulami ze spoistej gliny, wskazane jest też nęcenie w czasie łowienia - pszenicą, grochem, barwionym pęczakiem. Prowadzenie prądowej przepływanki przypomina łowienie na sztuczną muchę w pstrągowym potoku; często wymaga brodzenia, przeto buty gumowe i tym razem okażą się bardzo pożyteczne. Do wędki tej powrócimy w rozdziale poświęconym śwince. Klenie łowimy również na przepływanki powierzchniowe z owadem na haczyku. W rzekach wyżynnych, kamienistych sprawdza się m. in. chrabąszcz majowy, w rzekach nizinnych raczej mały owad, na którego biorą mniejsze egzemplarze.
Okoń - urodziwy wilk toni
W przejrzystej wodzie Pisy pływa parę rybek: dwa spore krąpie oraz kilka jelczyków. Nie widać ich srebrzystości, całe są prawie przeźroczyste, piaskowe. Na poboczu stadka pęta się jeszcze jakaś rybka. Ledwie można się domyślić, że należy do innego gatunku - jest tak samo płowa jak dno, nijaka jak woda. Tylko ruchy ją wyróżniają, są mniej miękkie, jakby usztywnione, drewniane. I nieco podejrzane. Ta rybka ma wobec reszty towarzystwa wyraźnie nieczyste zamiary, wygląda na czającego się złodziejaszka. Nie większa od najmniejszego krąpika, podchodzi do gromadki boczkiem, boczkiem, niby to zupełnie obojętnie, jakby chciała pokazać, że nie jest cudzą i... nagle podskakuje do najmniejszego jelca i szczyp go w okolice ogona! Pusty śmiech ogarnia patrząc na te manewry okonka, małego jak palec, a już rozbójnika. Okonka, bo pasiasty, choć pasy przez zmarszczenia wody ledwie są widoczne. Teraz rozumiem, dlaczego często się zdarza, że okonek sam niewielki jak błystka, czepia się jej i zawisa na kotwiczce. I teraz to też pewnie ćwiczenia małego rozbójnika, taka sobie zaprawa na przyszłość. Podobnie chyba traktują Rys. 118. Okoń jako taktyk jest wilkiem łobuza krąpiki i jelce, bo nie uciekają przed atakami, wyraźnie lekceważą okonka, a ten jak złe kocię szykuje się do następnego napadu. Wizerunek gatunku. Okoń (Perca fluviatilis L.) nie należy do gatunków, z którymi wędkarz rzeczny chciałby wiązać poważniejsze nadzieje łowieckie. Jest to ryba bardziej rozrywkowa niż wyczynowa (rys. 118). Po męce skrobania (trzeba to robić natychmiast po zabiciu ryby) zapowiada jednak ucztę, gdyż w smaku ustępuje tylko łososiowatym oraz - co dobra wiara dobrej wierze do ewentualnego wierzenia podaje - jazgarzom. Jego zasięg występowania na naszym kontynencie zbliża się do terytorium zawojowanego przez płoć. W polskich wodach spotykamy go powszechnie: w jeziorach i w większych, a przede wszystkim głębszych stawach, w wysłodzonych wodach przybrzeżnych Bałtyku, w rzekach od lipieniowego piętra w dół. Nie występuje w wodach przegrzanych, płytkich i zakwaszonych, za to spotykamy go w niewielkich nawet rzekach nizinnych, byle tylko prowadziły czystą wodę. Powszechność występowania nie przekreśla środowiskowych priorytetów. Ma je okoń, i to inne, niż sugeruje łacińska nazwa (fluviatilis znaczy rzeczny). W istocie, dopiero w jeziorach - głębokich przejrzystych i obfitujących w ławice powierzchniowych rybek - występuje najliczniej i osiąga najpiękniejsze wymiary i wagę. Na przykład T. Andrzejczyk wyznacza mu pułap 7 kg?! Polski rekord wędkarski w gatunku ustanowiony został w 1975 r. przez B. Sobczaka i wynosi 2,64 kg przy 47 cm długości. Upodobania siedliskowe gatunku wskazywałyby na jego dość wysokie zapotrzebowanie tlenowe, choć obserwacja wskazuje, że lepiej znosi jeziorowe przyduchy niż leszcze, karpie i węgorze. Tylko opatrzenie się nie pozwala dostrzec jego wręcz egzotycznej urody. Szeroka gama barw wskazuje na skłonność do przebywania w prześwietlonej wodzie. W istocie, w takiej wodzie lubi polować, a w Rys. 119. Dwa okoniowe żywce: różanka z przyrzeczy (7) - dlaczego uchodzi za gorzką (również w łacińskiej nazwie ma przydomek „„amarus" - gorzki) - okoń ją przecież pożera; chętniej jednak, nawet z pasją, bierze smukłe słonecznice (2), chyba właśnie dlatego, że smukłe (wybierajmy więc na przynętę różanki mniejsze) przerwach między myśliwskimi rejzami chętnie zatrzymuje się w smugach cienia. Okoń ma oryginalną, dwudzielną płetwę grzbietową, w połowie kolczastą - typową dla jego rodziny. Duża głowa, duże oczy przy szeroko rozwierającej się paszczy oraz prawie niewyczuwalnie ząbkowane listewki w szczękach wskazują na drapieżniczy charakter ryby. Jest to jednak drapieżnik innego typu niż szczupak. Brak dużych zębów kłujących świadczy o tym, że nie chwyta on z zasady większych ofiar, zadowalając się takimi, które zdoła zamknąć w pysku (rys. 119). Okonie wśród drapieżników wyróżniają się też taktyką zespołowego polowania. Wspólnymi siłami stada, tatarskim półksiężycem otaczają swe ofiary i zagnawszy je gdzieś pod brzeg w „kocioł" mordują z głośnym cmokaniem. Takie polowania obserwujemy głównie w jeziorach, ale nierzadkie są i w rzekach. Po plusku wody, który przy tej okazji czynią, wędkarz orientuje się o czasie i miejscu ich najlepszego żerowania. Przy szczupaku okoń błyska inteligencją. Jako myśliwy polujący stadnie i atakujący stada, a więc zmuszony do działania w warunkach „radarowego chaosu", w którym linia boczna nie może odgrywać przewodniej roli, siłą rzeczy powinien mieć zdolność wyjątkowo ostrego widzenia. Jest też w istocie wzrokowcem. Poza tym (tab. 10) jest on także węchow-cem. Czy nie w związku z tym zmysłem obserwujemy jakby obwąchiwanie podanej okoniowemu stadu przynęty (rybki), w czasie kolejnej przerwy między jego zbójeckimi rejzami? Kiedy, gdzie i na jaką przynętę? Okonie możemy łowić w ciągu całego roku, gdyż żerują przez cały rok chociaż z różnym natężeniem. Swoim zainteresowaniem nie obejmujemy jednak z przyczyn obiektywnych zimy, a z własnego wyboru wczesnej wiosny; ponieważ obecność okonia w rzece jest pożądana, nie powinniśmy więc łowić go w czasie rozrodu. Za słusznością takiego stanowiska przemawia fakt, że nikt nie wskaże nam rzeki, w której okoń mógłby być uznany za plagę. Tę okresową powściągliwość wynagradza wczesna gotowość okoni do brania przynęty. Na tej podstawie okres następujący bezpośrednio po tarle staje się pierwszym wczesnowiosennym sezonem okoniowym, co prawda nie rokującym jeszcze obfitej zdobyczy. W kwietniu i maju okoń przebywa w tarliskowych zakątkach rzeki. W tym czasie bierze przynętę bardzo delikatnie i drobnymi kęsami, gdyż wtedy właśnie żeruje na larwach ryb. Konieczność ograniczenia stosowanej wczesną wiosną przynęty odnosi się do czerwonych robaczków, jak i do żywców, z których właściwe są małe różanki, słonecznice i kiełbiki. Dotarcie do tajemnicy późniejszych, właściwych sezonów łowieckich wiążemy już z optymalną temperaturą (ok. 16°C) tego „pasiaka" (rys. 120). Można jednak ten zakres temperatur rozszerzyć do 14-18°C. Za poprawką w górę przemawia m. in. akwaryjne doświadczenie, z którego wynika, że dorosłe okonie zupełnie sprawnie trawią pokarm w temperaturze 20°C. Znając zakres temperatur odpowiadający dużej aktywności pokarmowej gatunku, można łatwo ustalić, że w ciągu przeciętnie ciepłej letniej pory roku występują w rzece nizinnej dwa sezony okoniowe: pierwszy od połowy maja do końca czerwca, drugi od połowy sierpnia do końca września. Jednakże ustalenia te nie w pełni zgadzają się z opiniami ichtiologów oraz wskazaniami wędkarskich kalendarzy (tab. 11). Jeszcze bardziej komplikuje sprawę wykres oparty na meldunkach o złowieniu medalowych egzemplarzy. Należy jednak zaznaczyć, że odnosi się on wyłącznie do okoni jeziorowych, rzeki w zasadzie nie dają nam okazów tego gatunku. Gdyby więc przełożyć wymowę wykresu na cieplną rzeczywistość rzeki, jego wskazania cofnęłyby się o około dwie dekady z powodu odmiennego nagrzewania się wód jeziora. W rezultacie wskazany przez wykres szczyt lipcowy przeniósłby się prawie na czerwiec, zbliżając się w taki sposób do sezonu wiosennego, wyznaczonego na podstawie temperatur optymalnych. Nie oznacza to przecież pogodzenia wszystkich odmiennych stanowisk. W tej sytuacji własne doświadczenie z okoniami, każe się opowiedzieć za dwoma sezonami, ze szczytami w czerwcu i sierpniu. O jakiej porze dnia, przy jakiej pogodzie? Okoń jest wzrokowcem, nie żeruje więc nocą. Polowanie rozpoczyna bardzo wczesnym rankiem, w Rys. 120. Wykres aktywności żerowej okonia; czyżby był on gatunkiem tak zdecydowanie ciepłolubnym?... Tabela 11. Opinie autorytetów, poza Fabianem, nie potwierdzają sugestii wykresu opartego na złowieniach medalowych (sezony zalecane dotyczą wyłącznie okonia z rzeki) porze oparów nad rzeką, o czym decydują czynniki omówione w rozdziale o szczupaku. Po parogodzinnej przerwie znów (około godziny 7) podejmuje starania o pokarm, wypełnia nimi przedpołudnie i dwie pierwsze godziny popołudniowe. Ostatni okres żeru przypada na przedwieczerz. Z okoliczności wzmagających żerowanie należy wymienić lekki wiatr przy ładnej pogodzie, przeciągające deszczyki; żle natomiast służą mu zimne wiatry północne oraz gorące wiatry ze wschodu i południa. Poza przychylnym wietrzykiem marszczącym powierzchnię wody i ułatwiającym wypełnianie toni rozproszonym światłem, równie dobrze oddziaływa na kondycję żerową okoni lekki przybór rzeki, który wnosi w jej świat pozytywny niepokój. Hamują żerowanie okoni takie czynniki, jak: przegrzanie wody towarzyszące długotrwałym upałom, burze, zastałe powietrze przy niżu barometrycznym, szybkie opadanie rzeki. Miejsce przebywania ryb. Okonie na swym stanowisku zachowują się dyskretnie, tolerują inne ryby, ale jednocześnie bardzo wolno przemieszczając się okazują zainteresowanie otoczeniem. Chociaż nie rezygnują z przypadkowego, wstrzemięźliwie pobieranego pokarmu, to dopiero w określonych godzinach podejmują żer na serio, do czego skłania oko-niowe stado trudny do uchwycenia impuls i który, jak na komendę, z miejsca podrywa je do akcji. Wcześniej zbliżają się ryby do żerowisk -przybrzeżnych płycizn ze skąpą zielenią oraz do żwirowatych bystrzyn obsadzonych przez stada karpiowatego drobiazgu. Tu polują hałaśliwie i zajadle. W sumie, okoń to ryba nierównego usposobienia; opanowana w godzinach sjesty, lecz awanturnicza, zacięta i ślepa w łowieckim pożądaniu i gonitwie. Z bliższej znajomości jej usposobienia i siedliskowych skłonności wywiedziemy, że niechętnie przebywa w zdecydowanie bystrych prądach, utrudniających życie i gonitwę za zdobyczą. Z czego jednak niech nie wyniknie, że lubią one zastoiska i martwą wodę. Chociaż więc w starorzeczach głębszych i o dobrej wodzie bywają nierzadkie, to jednak przekładają nad nie strefy żywego choć wytłumionego, lekko zwichrzonego przepływu. Według tej wskazówki szukamy okoni we wszystkich kątach i smugach płynącej wody: za główkami i poniżej jazów, za wszelkiego rodzaju cyplami i tamkami hamującymi przepływ i skręcającymi go w zakola lub wichrzącymi w tzw. prądziki, za kępami faszyny i zwalonymi do wody drzewami, za przykosami, w rejonie wejściowym do zatok i rękawów rzeki, w okolicach ujścia dopływów, w pobliżu drewnianych konstrukcji mostów i drewnianych młynów, ale i przy betonowych filarach... Takich potencjalnych stanowisk okoni można by wyliczyć znacznie więcej - rzeka w nie obfituje. Ich zwykłą wadą jest jednak obłowienie, gdyż wręcz narzucają się wędkarzom. Poza nimi równie częste są stanowiska ukryte przed oczyma człowieka, niepozorne lub wręcz nie zachęcające. Są to przydenne zacisza za zwalonymi w prąd bryłami iłu, zandry za zamaskowanymi progami dennymi, za szczątkami starych materacy oraz w pobliżu krawędzi nowych, miejsca obfitujące w zaczepy, gdzie m.in. tak pięknie służy wędkarzowi okoniowy pater-noster. Wspólną cechą wszystkich dobrych stanowisk okoniowych jest przede wszystkim wspomniana już obecność prądu (może na zasadzie rekompensaty: nie dane mu jest wieść życia ruchliwego, odbywać ciągów dostępnych okoniom jeziornym, niech więc opływa go choć woda rzeki). Następną cechą jest obecność w wodzie różnego rodzaju pionowych formacji: obrywistych ścian bocznych brzegu, filarów mostowych, ścian zapór, pali, drągowiny, a nawet kolumn z łodyg lilii wodnych lub innej wodnej roślinności. Wraz z tym miłe mu są, szczególnie w godzinach odpoczynku, w dni słoneczne i bezwietrzne, cienie leżące płasko na wodzie, rzucone przez liście nenufarów, mosty, łodzie. Ważną cechą okoniowych miejsc jest też twarda pokrywa dna. Wprawdzie okoń nie pozostaje w bezpośredniej od niego zależności, ale przecież lubi mieć pod sobą dno żwirkowate, najlepiej z dużymi kamieniami lub bryłami, z którego umie podejmować przynętę. Ów gust dyktuje mu zapewne interes. Woda w takich miejscach jest ruchliwa i dotleniona, a na żwirkowa-tym dnie obowiązkowo żerują stada kiełbików i jelców - stały przedmiot okoniowej adoracji. Ostatnim znamiennym faktem obecności okoni w danym miejscu są właśnie skupiska rybnej drobnicy. Stada jeziornych średniaków włóczą się w toni wody, 1-2 m pod zwierciadłem; okonie rzeczne, ograniczone w możliwościach, trzymają się nielicznymi gromadkami bliżej dna i tam, z zasady pół metra nad gruntem, podajemy im przynętę. Okoniowy pokarm i przynęty. Drapieżnik ten pożera prawie wszystko, co się rusza i ma dostępne mu wymiary. Tym samym stwarza wędkarzowi możliwość stosowania wielu przynęt. Zwróćmy uwagę na ich dwie bardzo pożądane cechy: ruchliwość na haczyku (czasami pozorną ruchliwość zapewnia rozfalowanie wody) oraz żywe zabarwienie. Ruch, barwa i błysk fascynują drapieżnika, a konkurencja stada wzmaga napastliwość. Najpopularniejszą okoniową przynętą są dżdżownice, wśród nich średniej wielkości rosówki - żywe i dobrze przetarte, a także pijawki -czerwone i tzw. końskie. I jedne i drugie należy nasuwać na haczyk ostrożnie, żeby nie pozbawić ich ruchliwości. Jeszcze lepszą przynętą są raki - całe, lekko zgniecione skorupiaczki lub „szyjki" egzemplarzy wyrośniętych, pozbawione listewek pancerza. Przynęta to ani barwna, ani żywa, a przecież niezawodna (autor w trzewiach okoni znajdował nawet wielkie, twarde szczypce połknięte w całości). Przy łowieniu małych okazów sprawdzają się larwy chruścików. I w końcu najlepszą przynętą są żywczyki: różanki, słonecznice, karaski, kiełbiki, ukleje, jel-czyki, piekielnice oraz okonki parucentymetrowej długości. Ich niewielki wymiar (do 8 cm) wyznacza też wielkość haczyka, sprowadzając go do rozmiaru grochu. Licząc się z tym, że okoń chwyta rybki do przodu celowo zbroimy żywczyki, poza karaskami i różankami, za pyszczek. Wędki i taktyki. Jakby specjalnie dla okoni została stworzona wirująca błystka. Pośród wędek należących do techniki spławikowej i gruntowej (denkowej) znajdziemy również kilka bardzo użytecznych. Będą to przepływanki oraz denki wraz z bardzo okoniowym pater-nostrem. Okoniowe przepływanki me mają w sobie nic specjalnego w konstrukcji. Wczesną wiosną niech będą one równie subtelne, co stosowane na mniejsze płotki, później mogą być nieco solidniejsze z przyponem o średnicy 0,15 mm - gdy łowimy na małe dżdżownice, a 0,20 mm - gdy spodziewamy się ryb okazałych. Oczywiście, stosowanie żywczyków lub rosówek skłoni nas do zastosowania korkowego spławika i większego obciążenia. Ogólnie jednak trzeba przyjąć zasadę, że wobec tej z pozoru gruboskórej ryby, istnego chuligana rzek i jezior, stosujemy sprzęt możliwie subtelny i wrażliwy. Nie ma bowiem rozsądnych powodów, żeby lekceważyć okonia, zwłaszcza w porach jego uspokojenia, wtedy to bowiem nie działa w gorączce, a przed każdą decyzją o pobraniu przynęty zdaje się wyraźnie „rzecz rozważać w umyśle swoim". Czymże bowiem tłumaczyć fakty, że łowiąc na delikatną wędeczkę i kawałek cienkiego robaczka lub małego żywczyka, niespodziewanie zacinamy okazałe pasiaki, które pogardziły stojącą obok i specjalnie dla nich przeznaczoną wędką solidniejszą? Przepływanki stosujemy, odpowiednio do pory roku, albo - wiosną -na tarliskach ryb karpiowatych, albo - w lecie i później - „pod ścianami i przy kolumnach", tj. w miejscach już opisanych. W łowisku wyraźnie okoniom sprzyjającym dobrze jest łowić na zasiadkę i trwać przy nim nawet po złowieniu kilku ryb pod rząd; w innych sytuacjach lepiej opłaca się „opukiwać" żywczykiem przypuszczalne stanowiska. Biorącą rybę zacinamy podczas pierwszej ucieczki spławika. Klasyczna denka okoniowa jest to lekki wariant wędki węgorzowej (żyłka główna o średnicy 0,30 mm, a przypon 0,20 mm), z rosówką lub żywczykiem na haczyku. Kładziona na twarde dno służy niezawodnie, choć przynosi mierne wyniki i dostarcza mało emocji. Znacznie skuteczniejsze okaże się zastosowanie na niej raczka w roli przynęty. Ciekawa i dobrze odpowiadająca specyfice okoniowego żeru jest denka zwana pater-noster (nazwa ponoć wymyślona przez średniowiecznych mnichów-rybaków). Jej cechą wyróżniającą jest to, że ma ona boczny przypon tzw. bocznik (rys. 121). Pater-noster został już dawno opisany w wędkarskiej literaturze (Choynowski, Wyganowski), a jednak rzadko bywa stosowany. Mała popularność nie stanęła na drodze procesowi jego doskonalenia, co m. in. doprowadziło do odrzucenia stosowanej przy wędce konstrukcji z drutu. Zastąpiono ją bardziej prostymi łączeniami, w tym konstrukcji własnej autora (p. rys. 133). Pater-noster stosujemy na łowiskach w prądzie, który powinien odsuwać żywca lub inną przynętę od żyłki głównej. Jego ważnym walorem jest to, że daje możliwość obławiania miejsc trudnych lub niedostępnych dla przepływanki oraz denki tradycyjnej, np. w wąskich smugach prądu w pobliżu zawad, tuż przy ścianach starych przyczółków i główek albo przy krawędzi zatopionych faszynowych materaców. Łowienie na pater-noster wymaga utrzymania żyłki głównej w możliwie pionowym rozpięciu, co sprawia, że przynęta na boczniku ponętnie filuje w korzystnej nad dnem Rvs 121 Pater-noster na okonia jest najlżejszą postacią tej wędki; A -zasada konstrukcji: w - węzeł, b - boczny przypon; B - pater-noster wiązany oraz dwa typy węzłów bocznikowych: * - wężeł ósemkowy P - ązanie pętlicowe; C - dwie postacie wędki, z lewe] - bardziej złożona z awej - zalecana przez dawną literaturę wędkarską: k - kręthk, z - w prawej zderzak, r - ramię z drutu wysokości. Ten bardzo prosty typ denki stanowi punkt wyjścia do konstrukcji bardziej rozwiniętych wędek, stosowanych przy łowieniu drapieżników większej wagi i siły niż przeciętny okoń. Właściwa na tę wędkę przynęta to żywczyk, pijawka, minóg, dżdżownica i rak. Z uwagi na pewny siebie sposób brania przynęty przez okonia, nie dajemy mu zbyt wiele czasu, a więc popuszczamy mu żyłki przez 4-5 sekund i zacinamy. Przy łowieniu na małą przynętę, zacinamy prawie z miejsca, po pierwszych drgnięciach szczytówki. Łowienie okoni w rzece nie dostarcza wędkarzowi najmocniejszych emocji, choćby nawet bardzo pragnęło się złowić kilogramową sztukę. Jest ono jednak zajęciem wspaniale relaksowym. Z radością witamy na wędce każdego grubszego garbuska, dynamicznego w walce, ładnego i schludnego. Uczmy się jednak łowić je czysto, bezkrwawo, co przy właściwym refleksie i opanowaniu chciwości na rybie mięso nie należy do nieosiągalnych kunsztów.
Węgorz - ryba tysiąca tajemnic
Kto poznał urok nocy czerwcowej ten nie oprze się jej wezwaniu. W czerwcu więc wybieramy się na nocne „łapanie" węgorzy. Czy są one rybami sportowymi? Dopóki wsłuchani w głosy nocy czaimy się przy śmigłych cieniach wędzisk, nie mamy wątpliwości. Kiedy jednak walczymy ze zwariowaną i śliską rybą, a potem z niesmakiem czyścimy po niej ręce, popadamy w zwątpienie - a może to wyrobnictwo? No cóż, węgorz do klasycznie sportowych ryb nie należy, że jednak jest rybą dla łowców, to pewne. Zwróćmy uwagę na rekord. Wynosi on 4,07 kg przy 118 cm długości i został ustanowiony przez E. Szczęsnego w 1971 r. Mroczny Odyseusz z Atlantydy. Węgorz europejski (Anguilla anguilla L) jak żadna inna ryba spiętrzył wokół siebie tajemnice i nieporozumienia; nawet łacińska jego nazwa - „anguilla" - znaczy „mały wąż" (rys. 102). Z tego samego źródła znaczeniowego wywodzi się „aal" - inna nazwa tej ryby występująca w wielu językach europejskich, a i w słowiańskich „węgorz" nosi w sobie pierwiastek morfologiczny wspólny z „wężem". Historię jego poznania przepełniają błędy: miał się rodzić samoródczo z mułu lub ścierwa, miał być żyworodny i dzieworodny, miał krzyżować się z wężami i znosić jak one jaja. Zaledwie od roku 1922 wiemy, że rozród węgorza, banalnie schematyczny, odbywa się w niezwykłych dla ryb słodkowodnych warunkach, bo w głębinach Morza Sargassowego, gdzie ma znajdować się jakoby fatalny i tajemniczy trójkąt bermudzki. Prawdziwie więc zasługuje na chwilę zadumy życiorys każdej z ryb tego gatunku, złowionej przez nas w rzece czy jeziorze. Krok za krokiem prześledzili naukowcy jej odyseję przez całą szerokość Atlantyku, odbytą z pomocą prądów morskich i o włas- Rys. 102. Węgorz europejski - podejrzany i budzący obawę nych siłach, w końcowej zaś fazie za sprawą człowieka - także samolotem i samochodem. Zjawiają się węgorze w ujściach europejskich rzek w postaci węgorzyka montee - szklistej rybki już podobnej do rodziców. Samce pozostają w morzu, samiczki zaś ciągną rzekami w głąb lądu w poszukiwaniu żeru. Popas w wodach śródlądowych trwa według jednych źródeł 6-7 lat, według innych nawet 20. W każdym razie po osiągnięciu dojrzałości do odbycia wędrówki powrotnej (cechy: powiększone oko, prawie czarne i srebrzystobiałe skontrastowanie barwy) podejmują wysiłek powtórzenia odysei w kierunku swej Itaki - tarliskowych głębin. Spływają rzekami, przebywają morza, żeby w końcu zapaść w otchłanie Atlantyku. Echem ich dotarcia do celu są wychodzące z głębin Morza Sargassowego miliardowe falangi małych węgorzyków. Część ich kieruje się ku Ameryce (węgorz amerykański) część ku Europie... Jak z tego wynika, wiemy o gatunku wiele, tylko że nikt do dzisiaj nie obserwował tarła węgorzy, a kilka innych fragmentów ich życia oraz ich spraw tłumaczą co prawda bardzo wiarygodne, ale zaledwie hipotezy. Uczeni sądzą, że zwyczaj odbywania tak potężnych wędrówek datuje się od epoki, kiedy to kontynent europejski i amerykański były do siebie bardzo zbliżone, a w rozdzielającej je cieśninie morskiej żyły prawęgorze wychodzące na żer do bliskich rzek. Lądy rozeszły się, zwyczaje ryb pozostały... Według innych, bardziej fantastycznych wersji, węgorze związane były z rzekami legendarnej Atlantydy... Istnieją też inne niezwykłe informacje o gatunku: przyrodnicy podają, że małe węgorzyki pokonują pionowe ściany tam rzecznych oraz wchodzą po ociekających deszczówką rynnach na kilkupiętrowe domy; laicy zaś, że węgorze kradną nocami groch z pola, wysysają krowom mleko... jak węże. Podstawowa tajemnica gatunku. Autor przed laty zetknął się z tajemnicą, ważną naturalnie dla łowców, a nie dla uczonych, gdy przypadkowo przyszło mu zmierzyć siłę łowności jednej denki przeciwstawionej 200 haczykom z rosówkami na 1 sznurze zarzuconym przez niedoświadczonych kłusowników. Stosunek sił 200:1. Zwolennicy sznura w ciągu jednej nocy majowej złowili jedną płotkę, a używającemu denki udało się wyholować 4 węgorze. W czym przyczyna takiej klęski rybackiego sznura? Nim wyjaśnimy to, spójrzmy na wykres obrazujący dynamikę żeru największych węgorzy (rys. 103), zestawiony z wykresem odpowiadającym szczupakom. Wynik zestawienia pouczający: chłodolubny szczupak traci w lecie apetyt, podczas gdy węgorz - okazuje się ciepłolubny! - ma w tym czasie swój szczyt aktywności żerowej - odczuwa w tym czasie znaczny głód i dopiero później stopniowo, w miarę jak stygnie woda, chłodnie jego żerowy zapał. Odwrotnie niż szczupak. Ciepłolubność węgorza to pierwsza, zupełnie niespodziewana podstawowa tajemnica łowiecka odnosząca się do tego gatunku. Ryba przychodząca na świat w mrocznej, może 1000-metrowej głębi, w temperaturze prawdopodobnie 7°C powinna, jak by się zdawać mogło, lgnąć raczej do zimnych wód. A tak nie jest. Wracając zaś nad warmijskie jezioro, do niepowodzeń połowu na 200 haczyków, możemy już sobie wytłumaczyć jego przyczynę. Otóż kłusownicy-amatorzy usiłowali nałowić węgorzy w głębokiej, a tym samym ciągle jeszcze zimnej wodzie (maj), natomiast autor nie dyspo- Liczba ztowień J t / V 1 IV V VI VII VIII IX X XI Rys. 103. Wykres aktywności żerowej węgorza - charakterystyczny dla ryby ciepłolubnej, np. suma lub karpia nując długą żyłką, swoją wędkę zarzucał blisko w nagrzaną wodę zatoki, w którą ściągały ciepłolubne ryby. Oko w oko z węgorzem. Uwolniony od haczyka, wije się! Jego zachowanie różni się od zachowania ryb w podobnej sytuacji, trzepocących się albo leżących bezradnie na boku. Przesądza o tym właściwy węgorzowi kształt ciała: długi, wężowaty walec. Gdyby ryba znalazła się powtórnie w wodzie okazałoby się, że również pływa wężowym ruchem falistym. Widać stąd, że nie należy do pływaków bystrych. Wiemy jednak, że węgorz jest pływakiem-maratończykiem, przy którym łosoś okazuje się niedzielnym turystą. Nie wystarcza to jednak, żeby czuł się sprawny w bystrych prądach, jego trasy wiodą łagodnymi tokami, a leża znajdują się w wodach uspokojonych. Pod prąd płynie też przy samym dnie rzeki... Gdy tak obserwujemy węgorza w trawie, ze zdziwieniem stwierdzamy jego talent do odkrywania drogi do wody, a ponadto zdolność do poruszania się wstecz! Dalsza obserwacja doprowadza do odkrycia jeszcze innej jego sztuki: płaskim jak dłuto ogonem wyszukuje szczelin, w które wciska się z wielką siłą „na wstecznym biegu". Tak właśnie zachowuje się w nieszczelnym sadzu, kiedy z niego ucieka, albo w zwykłej sytuacji, kiedy podobnie jak rak szuka kryjówki w spadzie bocznym koryta. Biorąc węgorza do ręki, czujemy jego trudną do opanowania sprężystość, giętkość i dwukierunkowość ruchu. O tym, że umie również świetnie pływać wstecz, przekonamy się w czasie holowania pierwszego węgorza. Stwierdzamy także jego niezwyczajną śliskość, jakby wskutek braku łuski, którą jednak ma, tyle że drobną i ukrytą w grubej skórze. Ochłonąwszy z niemiłego wrażenia konstatujemy, że taka ryba nie urodziła się do taranowych ataków na przeszkody, lecz do wślizgów i prze-ślizgów, do gładkich przemknięć przez ciasne szczeliny, do wciskania się w jamy i ukrycia. Nie obce jej być musi przemykanie się przez gąszcz dennej „kapusty", między korzeniami, przez pokłady mułu. Sprzyja temu klinowaty łebek. A jaką dziką ma on mordkę! Nieduża, spiczasta gębka z wysuniętą do przodu dolną szczęką i okrutne wejrzenie małych ocząt składają się na antypatyczną fizys. Putrament przyrównał ją do szatańskiej. Zauważmy również drobne ząbki - świadectwo, że mamy do czynienia nie z łuszczakiem grochu, lecz z drapieżnikiem żerującym w strefie dna i atakującym ofiary od dołu (górny pysk). Napastnik niewielkiego to chyba kalibru, skoro przy pysku szczupaka on ma raczej pyszczek...? Pozory mylą. Węgorz połyka ofiary jak również z pozoru drobnoustny wąż. Po każdym złowieniu go na żywca stajemy nad zdobyczą w zadziwieniu, nie bardzo rozumiejąc, jak potrafił dokonać trudnej sztuki wciśnięcia w siebie uklei, na dodatek z dużym haczykiem. Jest to więc poważny drapieżnik, tyle że polujący nie z doskoku, a z przyczajonego podejścia do zagubionych w mroku nocy ofiar. Wszystko co zwierzęce jest dla niego jadalne. Małe egzemplarze pożerają żyjące w mule skąposzczety i larwy owadów, a także stosownej wielkości ślimaki; dorosłe chwytają małe ryby, żaby, raki, minogi, ślimaki i małże. Rys. 104. Druga po ciepłolubności wędkarska prawda o węgorzu brzmi „nadwęchowiec" (p, tab. 10); nie zawsze jednak wiemy „jakie z tej prawdy wysnuć łowieckie wnioski (strzałki wskazują przepływ wody przez nozdrza) Węgorz, wiemy tu dobrze, jest rybą nocną, skąd najważniejszą rolę w zdobywaniu pokarmu odgrywają nie małe, przysunięte do pyszczka oczka, lecz linia boczna oraz węch. Oto co na ten temat pisze Starmach: „W doświadczeniach akwariowych węgorze reagują natychmiast odwróceniem ciała i głowy na najdrobniejszy ruch wody, ale nie towarzyszy tej reakcji nigdy kłapnięcie pyska, jeśli ruch wywołany został np. czystym drewienkiem trzymanym w pensecie. W przeciwieństwie do szczupaka, nie da się węgorz oszukać podstawionym martwym i bezwonnym przedmiotem, nawet gdy jest oślepiony i bardzo głodny. Musi przedtem wyczuć węchem, czy podany obiekt nadaje się do zjedzenia. Węch zaś ma doskonały. Kawałek mięsa czuje już z daleka i łapie go natychmiast. Węchem odnajduje mięso ukryte wśród piasku lub kamyków akwarium. Podpływa momentalnie, jeśli porusza się w wodzie patyczkiem wbitym poprzednio do mięsa i przenikniętym jego zapachem". Z doświadczenia tego ichtiologa wynikają cenne dla wędkarza wnioski: podawaną węgorzowi przynętę powinna cechować prowokująca go ruchliwość oraz atrakcyjny zapach (rys. 104). Specyficzna organizacja osłon skrzelowych (otwory zamiast szczelin) chroni rybę przed zamuleniem czułego organizmu oddychania, wskazuje na jej przystosowanie do przebywania w mule. Utwierdza w tym przeświadczeniu również maskujące ubarwienie. Wszystko też sugeruje jej niskie zapotrzebowanie na tlen, lecz wobec tej sugestii bądźmy ostrożni, bo węgorz jako jeden z pierwszych ginie od zimowej przyduchy, w jeziorach przepływowych zaś gromadzi się zwykle przy wejściach do nich rzek. Dlatego szukajmy stanowisk węgorzy nie w miejscach „dusznych", lecz tam, gdzie występuje odświeżający przepływ, gdzie pokłady dennej roślinności, szczególnie moczarki i „kapusty", wzbogacają tlenem strefę dna w ciągu godzin dziennych. Węgorzowa denka. Nazwę podpowiedział Jerzy Putrament. Denka -pięknie brzmi i celnie oddaje istotę rzeczy-znana jest powszechnie jako „gruntówka". Mimo że popularna, bez tajemnic, to jednak przysporzy nam kilku problemów roboczych. Denka nurtowa (rys. 105). Z przeznaczenia wynika, że ma być stosowana przeciwko rybie silnej i mało zważającej na subtelności, drapieżnej i polującej w mroku. Takie założenie nie powinno nas jednak upoważniać do lekceważenia ryby oraz do krańcowych rozstrzygnięć w kwestii solidności wędki. Żyłka główna może być co prawda dosyć gruba (średnica 0,35 - 0,45), podobnie jak i przypon (0,30 mm), nie z powodu jednak siły ryby, ale jej skłonności do prowokowania konfliktów z zaczepami; musimy liczyć się także z możliwością wzięcia przynęty przez grubszego suma. Z tej przyczyny mamy też na kołowrotku (z nieruchomą szpulą o dużej średnicy) zapas kilkudziesięciu metrów żyłki. Na 100 spotkanych nad rzeką tego typu wędek przynajmniej połowa będzie się składała z piennego kija zdatnego do dźwigania funtowych ciężarków, na domiar mocowanych na żyłce również odpowiednio grubej. Wszystko razem składa się na obraz mamuciej gruntówki, podobnie brutalnej jak niektóre przeniesione z odległej przeszłości szczupakówki. Poza tym, z uwagi na wiązany ,,na sztywno" ciężarek, jest to samołówka tak mało sportowa, jak niesportowe są myśliwskie wnyki. Mechanizm działania takiej węgorzowej denki jest prosty. Ryba porywając przynętę szarpie za przypon, napotyka opór okazałej bryły ołowiu i Rys. 105. Denka - prastara wędka gruntowa; A - schemat konstrukcyjny denki: z - zderzak, tj. kawałek przetkniętej zatyczką plastykowej rurki, c -ciężarek przelotowy; 8- dwie wersje denek, lecz tylko druga jest właściwa wędkarzowi z prawdziwego zdarzenia i zacina się bez udziału wędkarza. Przy naszej znacznie delikatniejszej dence zastosujemy mniejszy ciężarek umieszczony na żyłce przelotowo i ograniczony w swobodnym zsuwaniu się w dół przez zderzak, np. ołowiany zwitek oparty na pętlicowym węźle przyponu. W opisach denki wędkarska literatura zaleca umieszczanie nad przesuwającym się ciężarkiem drugiego zderzaka, co w inny tylko sposób wiedzie do potępionej wcześniej samołówki. Od ciężarka denki wymaga się, żeby mimo naporu prądu na żyłkę utrzymywał przynętę na dnie w stałym miejscu. Nie wyczerpuje to wszystkich wobec niego oczekiwań. Powinny go więc także cechować: optymalnie mała waga, mały opór stawiany przesuwającej się przezeń żyłce, kształt nie sprzyjający zaczepom dennym, łatwość wykonania. W szczególnych warunkach łowiskowych oczekujemy od ciężarka dodatkowych właściwości, a więc nie powinien on grzęznąć w miękkim dnie (np. starorzecza) albo musi być szczególnie niepodatny na przesuwanie go po dnie przez silny prąd. Na rysunku 106 przedstawiono kilka typów ciężarków denkowych. Różnią się one m.in. wielkością oporu (tarcia), jaki stawiają żyłce przesuwanej przez kanalik przewodowy lub oczko. Łatwo zauważyć, że siła tarcia wchodząca w skład ogólnej oporności denki wpływa niekorzystnie na jej komunikatywność. Najgorszym pod tym względem okazuje się ciężarek najpowszechniej używany. Znamionuje go największa płaszczyzna tarcia żyłki o ołów (długi kanalik ciężarka) oraz ostre załamanie żyłki na krawędziach wlotu i wylotu. Ten właśnie ciężarek zastąpimy Rys. 106. Ciężarki denkowe: 1, 2 i 3 - z oczkami przelotowymi poza korpusem, 4 - oliwka zbyt łatwo tocząca się w prądzie, 5 - ciężarek popularny, lecz nie zalecany, 6a 6b- ciężarek z krótkim kanałem przelotowym i kielichowymi wejściami (funkcjonalny i prosty) Rys. 107. Elementy wędek węgorzowych na starorzecza: A - zwykły ciężarek denki lgnie w mule i wikła żyłkę w dennej roślinności (7); częściowo przynajmniej zapobiega temu ciężarek z nakładką korkową lub styropianową (2), fi - spławik przelotowy do przystawki, z- przesuwany węzeł zderzakowy ulepszonym, o kielichowatych wejściach i skróconym kanaliku; oprzemy go zaś na kulistym zderzaku. Do naszej wędki użyjemy średniej wielkości haczyka rosówkowego z łopatką, a przywiążemy go na przyponie z miękkiej żyłki (haczyki z uszkiem przeniesione zostały do praktyki wędkarskiej ze sznurów rybackich, do których są przywiązane przyponami sznurkowymi). Całość zestawu żyłkowego łączymy z wędziskiem, które powinno być niezbyt długie i dość mocne w szczytówce. Taki kij, dochodzący do 3 m długości jest potrzebny z uwagi na konieczność podnoszenia ryby z wody w oddaleniu od zaczepów, których zwykle najwięcej bywa przy samym brzegu. Krótkie wędzi-ska rzutowe, często stosowane przy denkach, takiemu zadaniu nie podołają. Denka na starorzecza (rys. 107). W łowiskach charakteryzujących się dnem mulistym lub zarośniętym kożuchem wodorostów stosujemy denki nieco inne niż nurtowe. Założeniem wyjściowym do ich konstrukcji jest chęć przeciwstawienia się niekorzystnym skutkom grzęznięcia ciężarka w mule i roślinności. W tej sytuacji wszystkie poszukiwania poszły w kierunku zmniejszenia siły nurzącej ciężarków bez zmniejszenia ich wagi poniżej koniecznego minimum oraz podniesienia ponad warstwę mułów i wodorostów oczka przewodzącego żyłkę wraz z przyponem i przynętą. W sukurs poszczególnym rozwiązaniom idzie wybór takiego żywca, któryby nie wbijał się w wodorosty. Jest nim nieoceniona ukleja (rys. 108 i 109). Przy łowieniu na denkę wędkarz pozbawiony jest spławika-sygnali-zatora brań, dlatego obserwuje ruchy szczytówki oraz uciekanie między Rys. 108. Dwie denki z martwymi przynętami, wyłącznie na węgorza (lub suma) w nocy, na wody spokojne o miękkim, porośniętym moczarką dnie: z lewej-korek (K) i długie pióro gęsie (P) wynoszą przypon i przynętę nad dno, Z - zderzak z rurki przetkniętej zatyczką; z prawej - inne nieco rozwiązanie techniczne - przypon ciężarkowy wiązany do korka z oczkiem (krętlik), który unosi żyłkę główną Rys. 109. Denka na starorzecza z żywcem górującym; konstrukcyjne i wędkarskie zabiegi powinny mieć na uwadze skłonność żywca do „kręcenia karuzeli", czemu ma zapobiec płaskie położenie żyłki głównej i obciążenie jej śrucinami (Ś) palcami żyłki. Do wzrokowej sygnalizycji oprócz spławika stosowane są też różne białe odciążniki wieszane na żyłce pod ostatnią przelotką. Nie zastąpią one jednak darzonego szczególnym sentymentem dzwoneczka. Inne wędki węgorzowe. Należy do nich zwykła, tyle że w mocniejszym wariancie, przystawka spławikowa, przy której używamy białych lub malowanych fosforyzującą farbą spławików. Wędka to bardziej właściwa dla jezior, ale i w rzece mogą się zdarzać sytuacje łowiskowe sprzyjające jej stosowaniu. Łowisko i zasiadka z wędkami. Do pełniejszego opisu łowiska posłużmy się cytatem z poświęconej węgorzowi monografii pióra Z. Gajewskiego. Podkreśla się w niej fragmenty szczególnie godne uwagi wędkarza, gdyż charakteryzują one rybę, łowisko albo czas żeru. „Węgorze są rybami dennymi, pędzącymi w wodach słodkich nocny tryb życia. Starannie unikają one światła słonecznego. W dzień zagrzebane są po głowę w mule lub piasku, ukryte w norach i między korzeniami; leżą nieruchomo czyhając na przypadkową zdobyć z... W upalne dni letnie, gdy woda płytkich zbiorników mocno się nagrzewa, w jej warstwach przydennych zaczyna brakować tlenu. Zaniepokojone węgorze opuszczają wtedy swoje schronienie, szukając miejsc za so b n i ej szy c h w tlen. Czasami unoszą się aż na powierzchnię i leżą nieruchomo, leniwie wypoczywając. Zupełnie inaczej zachowują się węgorze z nastaniem mroku. Posuwając się bezszelestnie, wężowatymi, falistymi ruchami, wyruszają na żer. Są ostrożne i płochliwe. Przeszukują wszystkie zakątki, przemykają się do brzegów, na płytkie miejsca, gdzie znajdują obfitość pożywienia. W ciepłe i ciemne noce zwiększa się ruchliwość węgorzy". Jest więc węgorz rybą denną i nocną. Zdarza się przecież dość często, że chwyci przynętę i w dzień, co Gajewski sygnalizuje pisząc o dziennym czyhaniu drapieżnika na przypadkową zdobycz, a co Vostra-dovsky uzależnia od występowania tej ryby w dużych skupiskach. „Zwłaszcza po zmianie kierunku wiatru, po spadku ciśnienia, przed burzą itp." - dodaje. Twierdzi się też, że podczas księżycowej pełni dzienne branie staje się wręcz regułą. My jednak główne nadzieje na łowienie węgorzy rzecznych wiążemy z mrokiem, czyli od zmierzchu do północy oraz na godzinę przed wschodem słońca. W kwestii dobrych i złych nocy ciekawie współbrzmią dwie przytoczone opinie. Wyganowski pisze: „Do sprzyjających warunków... należy zaliczyć ciepłe, pochmurne bezksiężycowe noce, okres bezpośrednio poprzedzający burzę oraz następujący po nawałnicy... oraz noce pogodne, następujące po długotrwałych deszczach. Do nieprzychylnych okoliczności należą jasne, księżycowe noce... chłodne wiatry z kierunku północnego lub północno-wschodniego oraz gwałtowne zmiany temperatury powietrza, zwłaszcza jej spadek". Ekspert angielski wypowiada się w ten sposób: „Żerują przede wszystkim w nocy, i w tym względzie można uchwycić prawidłowość: czynią to tym lepiej, im jest ciemniej. W przeciwieństwie do nocy ciepłych, wilgotnych, dusznych i ciemnych pełnia księżyca nie sprzyja wynikom, natomiast nów księżyca przy wiszącej w powietrzu burzy to czas najlepszy z najlepszych, którego nie wolno przeoczyć". Własne doświadczenie autora generalnie potwierdza te opinie, choć pamięć podsuwa też zdarzenie sprzeczne, np. łowienie węgorzy w bardzo jasne noce przy rzucającym cienie księżycu. A może zależność między księżycem a rybą sięga głębiej? Wiemy np. że węgorze podniecają burzliwe i ciemne noce, ale wiemy także, że szczyt ich ciągu do morza następuje 3-4 dnia po pełni księżyca, a słabnie w miarę jak księżyc maleje, noce zaś stają się ciemniejsze... Warto śledzić po łowiecku to zjawisko. Łowcy węgorzy powinni uważnie obserwować barometr, skwapliwie wykorzystywać szanse ciepłych, mrocznych nocy letnich oraz związanych z przejściem ciepłych frontów wyładowań atmosferycznych. Te ostatnie wybitnie ożywiają ryby, wypychają je z ukryć i stanowisk dziennych na wędrówki bliskiego zasięgu, a przejście nawalnych ciepłych deszczów gwarantuje doskonałe wyniki jeszcze w całkiem jasne wieczory. Sprzyjają nam też niewielkie przybory rzeki. Wybór łowiska. W porze wiosny, w maju, węgorze ze zdwojoną siłą ujawniają swą wędrowniczą naturę i wtedy bywają łowione na trasach i w miejscach dość dla nich nietypowych, np. na czystym dnie głównego koryta. W tym to bowiem czasie ryby przemieszczają się ekspansywnie w poszukiwaniu nowych stanowisk i żerowisk. Ożywione i ruchliwe są również w porze lata, ale tym razem w roli niepokojących bodźców występują znane już nam przyczyny. Dlatego poszukując dobrych letnich łowisk zwracajmy uwagę nie wyłącznie na typowe stanowiska i żerowiska ryb, lecz także na przypuszczalne trasy ich nocnych włóczęg i ciągów. W lokalizacji ich pomocna może być znajomość niechęci węgorzy do pokonywania najsilniejszych prądów, obserwacja samych prądów oraz badanie ukształtowania dna rzeki. Upatrujmy dobrych łowisk trasowych tam, gdzie przypuszczalne trasy nocnych wędrówek (styki spadu bocznego z dnem, krawędzie ławic i smug wodnej roślinności, pobocza silnych prądów) schodzą się, krzyżują i nakładają, np. w jakichś głębszych przesmykach, za występami lądu, wzdłuż linii brzegu itp. Węgorz nie należy do ryb żyjących w stadach, niemniej jednak występuje w mniejszych lub większych skupiskach, których odkrycie zapewnia wędkarzowi powodzenie (łowisko ostojowo-żerowiskowe). Na przeciąg dnia obsadzają one miejsca odpowiadające ich siedliskowemu przystosowaniu, jak np. pokryte mułem i zwartymi koloniami roślin łagodne spady denne, głębokie zastoiska przyrzeczy. Spodziewać się ich również należy w przybrzeżnych głębinkach o słabym prądzie, pod nawisami brzegowymi krzewów i drzew, gdzie jest wiele pewnych skryć i gdzie łatwo o żer. Złoży się wyjątkowo korzystnie, jeżeli duży fragment ostojo-wego brzegu sąsiaduje z połaciami rzeki o charakterze żerowiskowym -bogatymi w roślinność zanurzoną i pływającą, krzewiącą się na miękkim podłożu. Do dobrych łowisk należą też dość głębokie zatoki, szeroko otwarte na rzekę baseny międzygłówkowe, ujścia spokojnych, głębokich dopływów. Ważną wskazówką dla szukającego łowiska wędkarza będzie występowanie w jakimś fragmencie rzeki wyjątkowych skupisk zwierząt: raków, ślimaków, larw minoga, jętek lub po prostu małych rybek. Czarująca siła łagodnych prądzików... Przed 20 laty autor miał możność obserwować w działaniu niezwykłego rybaka, bo kobietę - uznaną specjalistkę węgorzową. Stawiała ona swoje sznury w miejscach zaskakujących. Omijała otwarte oczka wody między liśćmi nenufarów (grążeli), a kładła przynętę w sam gąszcz roślin. Nie dbała o położenieprzynęty na dnie, ale zawsze pamiętała, żeby postawić sznur na leciutkim przepływie wody... Do cech dobrego łowiska dodajmy więc także obecność w nim lekkiego ciągu wody. Działa on prawdopodobnie jak nośnik zapachowych informacji o obecności żeru, a również dotlenia partie dna zatłoczone roślinami, które w nocy zamiast tlenu wydzielają dwutlenek węgla. Przygotowanie łowiska. Zorganizowana ad noc nocna zasiadka zamieni przyjemność w nerwową szarpaninę. Nieskuteczne też okażą się rzuty wędki wykonane na los szczęścia, do czego rzekomo zmusza mrok. Do łowienia w nocy należy się dobrze przygotować, nie obawiając się przy tym zarzutu pedanterii. Na czoło pierwszych przygotowań wysuwa się rozstrzygnięcie, w jakich punktach (dosłownie!) będziemy plasowali przynętę swoich dwóch denek. Szukając punktów lokalizacji najpierw zwróćmy uwagę na strefę bliską brzegu. Tędy bowiem wiodą trasy węgorzowe i tu liczą one na znalezienie żeru. W dalszej kolejności należy przyuczyć się lokować celnie swe denki. Rzecz polega na ścisłym wyznaczeniu miejsc, z których będziemy wędkę zarzucać (np. ułożenie płaskich kamieni pod stopy), następnie - na zapamiętaniu (według sylwetki przeciwległego brzegu) kierunku rzutów, wreszcie - na odmierzeniu na żyłce długości rzutów i zaznaczeniu jej węzłem zderzakowym (związanym na żyłce tak, jak na trzonku haczyka). Warto też wykonać kilka rzutów próbnych. Kolejną czynnością jest sporządzenie widełek pod wędziska, dzięki czemu są one utrzymywane w stałym miejscu i są możliwie płasko pochylone. W końcu, dowiązujemy do żyłek przypony oraz w sposób przemyślany układamy sprzęt pomocniczy: małą latarkę elektryczną z zapasową żaróweczką, plastykowe wiaderko przynajmniej 40 cm wysokie oraz parę zapasowych przyponów prawidłowo zawiązanych, bez siłowego zaciągania węzłów. Przygotowania zamyka wykonanie wygodnego, suchego siedziska dla wędkarza. Czym jest nocne łowienie bez ogniska? Wolno je nam palić, lecz nie przy wędkach, a w pewnym oddaleniu, np. za kurtyną krzaków. Licząc się ze spędzeniem przy nim części nocy, zawieszamy na wędziskach dzwoneczki o wyraźnie zróżnicowanych barwach tonu, żeby nawet z oddalenia móc rozpoznać, z której wędki drobnica zerwała przynętę. Przynęta i zanęta. Archaiczny sposób nęcenia węgorzy polega na umieszczeniu w łowisku upalonych racic i kości zwierząt albo na podsy-paniu martwych rybek. Autor nie potrafi ocenić jego skuteczności, pamię- tając jednak o bardzo rozwiniętym powonieniu tych ryb, skłaniałby się ku zanętom. Dlaczego by ich nie stosować np. w postaci glinianych kul, w których glina jest przemieszana z krwią zwierzęcą, z rozdrobnionymi rybkami, dżdżownicami, ślimakami itp? Kule takie powinny szczególnie skutkować w prądzie. Cenioną przez wędkarzy węgorzową przynętą są oczywiście rosówki, doskonałe, ale obarczone wadami: szarpie nimi nieustannie drobnica, pożerają je węgorzyki-sznurowadła. Dlatego na duże węgorze najwłaściwszą przynętą jest średniej wielkości żywa ukleja, według innych -kiełbiki. Przyznajemy pierwszeństwo uklejce - jest smukła i ruchliwa, b c cl albo —_ / Rys. 110. Węgorz pożera żywca od głowy - rybkę zbroimy konwencjonalnie (a); zbrojenie martwych rybek: b- z umocowaniem żyłki na trzonie ogonowym za pomocą ołowianej taśmy lub nici (wg Andrzejczyka), c -przeszywamy żyłkę przez rybkę za pomocą haczyka albo d-wykonujemy to za pomocą wędkarskiej igły Rys. 111. Martwe przynęty na węgorza (wg Zeiskego) odpowiada niewielkiemu pyskowi nocnego drapieżnika, potrafi podrażnić jego linię boczną. Brak jej trzeciej zalety, tj. nie wydziela nęcącego zapachu. W celu zwiększenia atrakcyjności żywca nasuńmy na ramię haczyka kawałeczek gąbki nasyconej sokami patroszonych ryb albo kawałek rosówki lub cząstkę martwej rybki. Ukleję zbroimy za pyszczek lub grzbiet. W miejsce żywych rybek możemy posłużyć się rybkami martwymi, byle świeżymi i spreparowanymi (zgnieciony łebek, nacięta tuszka). Węgorz bierze przynętę od głowy (rys. 110 i 111). Utarło się przekonanie, że przy łowieniu na ciętą rybkę, chętniej chwyta on połówki z łebkami. O skuteczności ciętej przynęty pisze jeden z korespondentów czasopisma „Fisch und Fang": „Wielki węgorz bierze na kawałki minoga, przeważnie w maju, kiedy woda osiąga temperaturę 16-18°C, lecz czas brania na tę przynętę trwa tylko dwa tygodnie. Na inne rybki w tym czasie nie bierze. Średniej wielkości minoga tnie się na około 3-centymetrowe kawałki i nakłada na haczyk nr 4". Zachodnia literatura wędkarska zachwala też różne olejki zapachowe (krabowe, sardynkowe i inne); wstrzyknięte martwej przynęcie mają robić cuda. U nas stosuje się, co prawda bardzo rzadko, spryskiwanie rosówek kilkoma kroplami tranu. Nieciekawe rezultaty przyniosły autorowi próby z rakami pręgowanymi na haczyku, prawie żadne są także jego doświadczenia z żabkami jako przynętą. Węgorze mają też brać na kawałki mięsa, wątróbki, jelita drobiu i pozbawione skorup małże. Zarzucenie denki i hol ryby. Łowiąc na denkę warto nauczyć się kontrolować podczas wyrzutu schodzenie żyłki z kołowrotka. Robimy to przepuszczając ją między palcami lewej ręki (pod dolną przelotką) aż do Rys. 112. Oto jak jeden z podręczników wędkarstwa radzi podbierać węgorza (próbowaliśmy, odradzamy) wyczucia węzła zderzakowego, zawiązanego jeszcze za dnia. Przyhamowawszy w porę lot zestawu, osiągamy pożądaną długość rzutu nawet po ciemku. Po opadnięciu ciężarka (na lekko napiętej żyłce) przyciągamy go nieco do siebie w celu ustawienia całego zestawu na osi wędziska; wędzisko zaś stawiamy w przewidziany wcześniej sposób. Na branie węgorza (krótkie szarpanie żyłki - znak pożerania przynęty) reagujemy popuszczeniem wędki, kiedy zaś odczuwamy, że ryba chce odejść, wykonujemy zacięcie. Węgorz ma zwyczaj pożerać zdobycz na miejscu, trzeba mu więc dać czas na pobranie przynęty, zwłaszcza jeśli jest nią rybka. Obecność nocnego drapieżnika na haczyku poznajemy po charakterystycznych - krótkich, rytmicznych, bocznych szarpaniach szczytówką, ryba bowiem stara się zejść z haka „na wstecznym biegu" energicznie falując ciałem, kręcąc młynka i zwijając spiralę. Dowierzając mocnej dence, holujemy węgorza twardo, bez sentymentów w górę, nie pozwalamy mu wejść w zaczepy. W końcu wyrzutem wydobywamy go z wody na brzeg i od razu wkładamy do wiaderka. Do złych żartów należą rady, żeby węgorza podbierać podbierakiem (rys.112). W wiaderku obci- namy przypon, rybę zaś umieszczamy w mocnym woreczku lnianym, który potem mocno zawiązujemy. Kto poznał, tak jak autor, piekielny talent węgorza do wydobywania się ze źle zamotanych siatek albo przez słabo trzymające drzwiczki sadza, ten pedantycznie wykonuje wszystkie czynności ubezpieczające go przed ucieczką ryby.