Lipiec nad nurtem rzeki
W gorące lipce rzeka osiąga swój cieplny szczyt, a przegrzana woda rozgnuśnia niektóre ryby. W połowie miesiąca kończy się tzw. wczesne lato; na następne 36 dni przejmuje władzę lato właściwe. W miarę jak się wypełnia, zaczynają niepostrzeżenie występować pierwsze rysy kryzysu ciepłej pory roku; to wszak „od Anki zimne wieczory i poranki" (26 VII). Z tego powodu dobowe zmiany cieplne rzeki mogą charakteryzować się wysokimi skokami, co należy do okoliczności dla wędkarzy niepomyślnych. Wszystko razem nie przekreśla jednak łowieckich szans, jeżeli zwrócimy uwagę na właściwe gatunki, jeżeli wesprą nas ciepłe, lecz nie upalne dni, jeżeli ponadto pierwszeństwo przed dziennymi damy nocnym wyprawom wędkarskim. Toteż w lipcu z powodzeniem łowimy węgorze i
karpie, także klenie, ale już wcześniej, bo z końcem czerwca, nastawiamy się na sumy i leszcze. Na starorzeczach zaś dobrze jest zapolować na lina i karasia.
Sygnałem wołającym nad rzekę i starorzecza będzie zakwit lipy drob-nolistnej, łatwy do zauważenia w natłoku innych wydarzeń. Pojawiają się też pierwsze owoce wiśni i maliny, zaczyna się szczyt truskawkowy... W tym czasie po szoku sianokosów znowu odżywają łąki, a obecność ziarn w kłosach zbóż zapowiada niedalekie żniwa. Wszystkie te fakty są ważne w wędkarskiej fenologii.
Lipcem zawładnęły owady: polne koniki, świerszcze, pasikoniki wypełniają strzykaniem dnie i noce. Trudniej obserwować zmiany w życiu ptaków, które wyraźnie wyciszyły się. Kukułki i wilgi zaczną wkrótce przemyśliwać o drogach powrotnych do zimowisk. Tylko krzykliwe rybi-twy, jak białe lotki badmingtona, spadają z nieba w wodę, a brzegówki uwijają się przy urwisku całe w kłopotach z powodu nowych piskląt.
W rzece przerzedzony rybi drobiazg wyrósł już okazale: szczupaczki przerosły długość ludzkiego palca, uklejki doszły 3 cm. Wśród młodzieży dostrzeżemy przybysza - baryłkowatego i ciemnego jak kijanka - małego sumka. Wypłoszony z kępy starej trawy prędko umyka w kierunku następnej, najwyraźniej boi się światła.
Krąp - niewydarzony wariant leszcza
Leszcz w swojej krainie (rys. 147) spotyka krewniaków, a przede wszystkim dalszego kuzyna i naśladownika - krąpia. Krąp (Blicca bjoerkna L.) oprócz własnych wad ma podniesione do potęgi wady leszcza (ościstość) i ani jednej jego zalety. Uważa się, że jego jedyną cechą dodatnią jest mała ilość śluzu na powierzchni ciała, podczas gdy leszcz pokryty jest śluzem ponad miarę. Czy ocena to sprawiedliwa? Krąp i leszcz w okresie młodości są rybami dość do siebie podobnymi. Należy więc znać te różnice, aby w miejsce krąpi nie brać do siatki leszczaków. Podstawowe odmienności tych ryb to wspomniana już ślu-zowatość ciała leszczy, ich drobniejsza łuska i szare płetwy piersiowe; u Rys. 147. Przekrój przez dolinę krainy leszcza ujawnia wszystkie jej elementy: 1 - wysoka zadrzewiona terasa, 2 - stok z naciekami wody, 3 -strumień lub mokradełko pod terasą, 4 i 6 - starorzecza rozrzucone po dolinie, 5 - niska łąka, 7 i 9 - piaszczysta warga rzeki, 8 - rzeka, 10 -zalewowa łacha, 11 - wysoka łąka, 12 - kępa lasu łęgowego krąpi są one zabarwione czerwonawo lub pomarańczowo. Z wielkim podobieństwem zewnętrznym idzie podobieństwo obyczajów i potrzeb siedliskowo-pokarmowych, chociaż krąp ma pożerać bardzo wiele ikry cennych gatunków ryb. Stawia to go w roli podejrzanego o szkodnictwo, zwłaszcza że - płodny i łakomy - rośnie bardzo powoli i nie osiąga odpowiednich rozmiarów. Rekord krajowy dla do tego gatunku, ustanowiony w 1972 r. przez R. Grygiera, wynosi 1,33 kg, przy 49 cm długości ciała. Na ogół złowione ryby nie przekraczają jednak 20 cm. Krąp ma mięso bardzo ościste, a bezpośrednio po tarle - suche i niesmaczne. Natomiast duże egzemplarze łowione w pełni lata, dobrze przyrządzone, są naprawdę smakowite. Krąpie łowimy na wszystkie przepływanki, przystawki i na lekkie denki, z użyciem wszystkich przynęt zwierzęcych i roślinnych stosowanych przy łowieniu płoci (chętnie chwytają ślimaki).
Leszcz - nasz karp codzienny
W nizinnych rzekach łowimy sztuki zdrowe i dobrze odkarmione, a jeśli w wodzie czystej - smaczne jak karpie. Rzadko trafiają się tu ryby nie wyrośnięte, którymi zwykle bez umiaru częstują wędkarzy jeziora. Rzeka nie zna też prawie ligulozy - pasożytniczej choroby ryb, wywoływanej przez tasiemca. Przewaga jeziora natomiast polega na tym, że zdarza się w nim złowić leszcza takiego, jaki wędkarzowi znad rzeki może się tylko przyśnić. Chyba że na trasie rzeki, dostatecznie głębokiej, znajdują się jeziora zaporowe lub naturalne. Wizerunek gatunku. Letnim rankiem, kiedy nad dymiącą rzeką zaistnieje pierwszy niepokój powietrza i pozbawi wodę oleistej gładkości, spławia się nagle w nurcie jakaś większa ryba. Za nią druga i następna... Wykonują przewroty miękko, bez zbytniego plusku, czasami tylko któraś bardziej przechylona błyśnie miedzią albo przetnie wodę czarną, ostrą płetwą. To leszcze odprawiają poranne harce. Leszcz (Abramis brama L.) na pierwszy rzut oka otrzymuje przydział do karpiowatych (rys. 135). Kiedyś nawet zwał się jak karp - cyprinus. W sylwecie różni go od karpia m.in. wypukły brzuch, co razem z wypukłością pleców jest znakiem dużej zwrotności ryby w płaszczyznach pionowych. Kształt ciała i ryjkowaty pyszczek mówią nam dodatkowo, że mamy do czynienia z rybą strefy dna, żerującą w miękkich pokładach sposobem karpia - z gatunkiem przeznaczonym do bytowania w głębokich wodach stojących, zasobnych w osady mułowe. Uznaje się wręcz leszcza za rybę stagnofilną, tj. unikającą prądu. Co więc robią leszcze w rzekach i dlaczego występuje w nich dość licznie? Okazuje się, że w niezbyt bystrych wodach radzi sobie całkiem nieźle, jeśli tylko znajduje w nich żerowiska. W rzece sprzyja mu nawet znaczne spłaszczenie ciała, bo gdy ustawiony pod prąd żeruje w dnie „stając na głowie i wspierając się na pysku", przeciwstawia płynącej wodzie swój -jakby na taką okazję specjalnie wyprofilowany - kroplokształtny przekrój poprzeczny. Może właśnie dlatego łatwiej mu żerować w umiarkowanie prędkim nurcie niż karpiowi?... Poza tym umie wspaniale wykorzystywać słabe strony przeciwnych mu nurtów. Autor obserwował kiedyś młodego leszcza balansującego tuż przy brzegu w prądzie o zmiennej, chwilami wprost nie do odparcia sile. Jak zachowywała się ryba w krańcowo niekorzystnej dla siebie sytuacji? Otóż, kiedy się zapowiadało, że przegra z ostrym naporem wody, ona przywierała bokiem do ściany spadu, wręcz czyniła z siebie jego wyś-ciółkę i w taki sposób prąd spływał po niej gładko, jak przysłowiowa woda po kaczce. Później niejeden raz obserwację tę potwierdzało wędkarskie doświadczenie, kiedy to ładne leszcze brały przynętę nie w wiele obiecującym dole, ale tuż przy jego stromej ścianie. Leszcz bywa uważany za gatunek cieniolubny. Doświadczenie łowieckie tej cechy nie potwierdza: ryba często bierze przynętę w pełne blasku południa. Ma dobrze rozwinięte oczy, znak że robi z nich użytek niemar-ginesowy, a ich charakterystyczną cechą jest zamglenie źrenic. Kojarząc anatomiczną budowę oka leszcza ze spostrzeżeniami wyniesionymi z łowieckich z nim spotkań, uznajemy za godne zaufania stwierdzenie, że Rys. 135. Leszcz - nasz karp na co dzień ryba ta być może unika światła jaskrawego, lubi je jednak w postaci łagodnej, oświetlające prostopadle dno, rozproszone przez zmarszczenie powierzchni wody albo przez pokrywę niegęstych chmur, albo wreszcie przez grubą warstwę niezbyt przejrzystej wody. Podstawowym jednak zmysłem uczestniczącym w zdobywaniu przez rybę pożywienia jest nie wzrok (p. tab. 10), lecz-jak u karpia-smak. Informacja ta zachęca nas do przynętowych poszukiwań. Poza dobrze rozwiniętymi narządami zmysłów ma też charakteryzować leszcza wysoka, jak w przypadku karpia, rybia inteligencja: zdaniem rybaków potrafi on wyjątkowo sprytnie unikać zasadzek i matni i tylko zimą udaje się go chwytać w sieci w dużych ilościach. Leszcz jest gatunkiem żyjącym w stadach: gromadnie odbywa tarło, zespołowo żeruje, w wielkich zgromadzeniach zimuje. Z przyczyn środowiskowych stada rzeczne nie bywają tak liczne jak jeziorne. Obserwacja spławień wskazuje na wierność rzecznych gromad stałym rejonom żerowiskowym, odwiedzanym też, jak się wydaje, według stałego porządku dziennego. Ostatnie przypuszczenie zasługuje na badawczą obserwację wędkarzy. O ile małe leszcze służą za sprawdzian sportowej klasy wędkarzom-zawodnikom, o tyle duże egzemplarze należą do łowców z wędkami. A wzrostowo-wagowe osiągnięcia wyraźnie skłaniają ku nim uwagę, nawet jeśli odrzuci się, jako w naszych warunkach klimatycznych nierealne, sygnały o sztukach ważących 10 kg i więcej. Wystarczy polski rekord W. Mastyki z 1963 r. (5,10 kg i 65 cm), żeby rozpalić łowieckie marzenia. Poza rekordami zaś, łowienie leszczy kilogramowych i większych należy do łowieckich zdarzeń miłych i nierzadkich. Może mieć takie sztuki każdy, kto posiądzie umiejętność łowienia tych ryb i nie zlekceważy zespołowej przebiegłości stada oraz wrażliwości zmysłów pojedynczych sztuk. Natomiast wyławianie małych, 25-centymetrowych i naszpikowanych ościami rybek powinno napełniać rzecznego wędkarza-łowcę niechęcią, a także niesmakiem, gdy kładzie maluchy do siatki. Cóż z tego, że ich wymiary są zgodne z regulaminem? Tajemnice żerowania. Wszystko wskazuje na to, że leszcz należy do gatunku skłaniającego się ku ciepłolubności. Gdybyśmy np. spojrzeli na mapę, w której zestawiono obszar jego występowania z macierzystym obszarem bytowania ciepłolubnego suma, dostrzeglibyśmy ich wielkie podobieństwo. Tak więc w wołżańsko-kaspijskim okręgu leszcz osiąga dojrzałość do rozrodu już w 3 roku życia, w środkowej Wołdze - rok później, w środkowej Wiśle - dopiero w 7 roku życia. Dość wysokie są też wymagania cieplne gatunku w czasie rozrodu. Pamiętamy, że leszcz należy do późnej grupy tarlanej (jabłoń, kasztanowiec, bez lilak); temperatura tarła wynosi 13-18°C (blisko karpia i suma), wylęg zaś zdrowych larw odbywa się w wysokiej temperaturze - 19-22°C... Tym razem wolno nam zaniechać domysłów, gdyż w literaturze przedmiotu znajdujemy autorytatywną informację na interesujący nas temat. I tak: leszcz zaczyna wprawdzie żerować w temperaturze 5°C, ale najintensywniej pobiera pokarm - wg jednych źródeł - na poziomie 16-18°C, wg innych - 15-25°C. Czy nie za duży rozrzut? Sięgamy raz jeszcze do znanych nam źródeł po opinie dodatkowe (tab. 15) i bez konsternacji przyjmujemy do wiadomości, że tym razem rozchodzą się one nieznacznie. Trzeba przy tym zaznaczyć, że uogólniają one doświadczenia z rybą wyraźnie wielosiedliskową, której zachowania żerowe rozmaicie są modelowane przez odmienne warunki życia w jeziorach i dużych rzekach. Nie rezygnujemy przecież z metody termicznej określania łowieckich sezonów. Dlatego przyjmijmy, że optymalna temperatura żeru interesującej nas ryby mieści się gdzieś po środku, między dwoma przytoczonymi wynikami badań, i być może wynosi 17-23°C. W rezultacie dochodzimy do ustalenia, że w przeciętnie ciepłym roku sezon leszczowy w rzece zaczyna się po tarle, trwa od czerwca do początku września, kulminacja zaś przypada w lipcu i w pierwszej połowie sierpnia. Potwierdza to wykres wg złowień medalowych (rys. 136). Kolejne pytanie wyraża zainteresowanie wędkarza warunkami szczególnymi, stymulującymi żer ryby. Szukając na nie odpowiedzi zauważmy, że w czasie kilku sprzyjających leszczowi miesięcy musi on przejawiać niezmordowaną aktywność żerową, żeby zabezpieczyć się przed skutkami miesięcy mu nieprzyjaznych. Rodzaj pokarmu głównego - muło-lubne robaki i larwy owadów - dodatkowo przymusza go do wyjątkowej LESZCZ Sezony łowieckie n v ve 1 vm dc X Xl Kalendarze wędkarskie w. '/£> J. Wyganowski M. i E. Brylińscy *■tarło C. Grudniewski (///&* H. Herzberg v///////Ąz* Wykres (okazy medalowe) Temperatura optymalna (17-23°) Sezony zalecane (przy średnich temperaturoc h) ły//////A y/A Tabela 15. Leszcza charakteryzuje jeden sezon łowiecki - od zakończenia tarła po ciepłe dni jesieni włącznie V8, mień Liczba ztc IV V VI VII VIII IX X XI Rys. 136. Wykres aktywności żerowej leszcza lokuje jego szczyt żerowy w lipcu (jak w przypadku gatunków zdecydowanie ciepłolubnych) pilności. Leszcz więc, tak jak karp, należy do oraczy dna cierpliwych i systematycznych. Wszystko co tu powiedziano o wysokim natężeniu żerowania leszczy nie przeczy istnieniu jego pewnego rytmu, właściwego dniom o korzystnej dla tych ryb charakterystyce termicznej. Pora przedświtu, gdy niebo na wschodzie stoi w zorzy, zastaje ryby żerujące w głębszych i prądowo wyciszonych zakątkach strefy brzegowej. Stado przebywa tu do wschodu słońca, a gdy niebo jest zachmurzone (z wietrzykiem i deszczykiem) pozostaje dłużej, przy czym niektóre ryby sporadycznie się spławiają. Po wzniesieniu się słońca nad horyzont (gdzieś od godziny 4 do 6) żerowanie prawie ustaje. Po wczesnorannej przerwie następuje w przyrodzie jakby drugie przebudzenie się dnia: miękkie podmuchy rozwiewają opary, śmielej odzywają się ptaki... Wszystko jeszcze w rosie. I wtedy, jak na dane hasło, zaczynają się spławiać w łagodnych nurtach leszcze. Podchodzą także do bezpiecznych żerowisk przybrzeżnych, zlokalizowanych na skraju głębokich koryt lub dołów. Zaczyna się drugie poranne żerowanie, w czasie którego powinna odezwać się denka lub wyłożyć na wodę spławik przystawki. Trwa ono do wyschnięcia rosy, tj. około 2 godzin. , Z obeschnięciem rosy następuje druga przerwa w żerowaniu, przynajmniej w strefie brzegu. 4 8 lz~ Ib 20 ~24 Godzina doby Rys. 137. Wykres intensywności żerowej leszcza w ciągu doby (wg Kogana za Opuszyńskim) sugeruje dwie pory żerowe: między godziną 4 a 11 i między 16 a 21 (dzień letni) W przedpołudniowej godzinie, przy pionowym padaniu promieni słonecznych, leszczowe stada znów objawiają swój apetyt. Tym razem żerują głównie w śródrzeczu, lecz także w głębszych miejscach przybrzeżnych, które zanęciliśmy. Wydaje się, że ryby dobrze wykorzystują prześwietlenie toni i oświetlenie dna. Ten czas trwający do godziny 13 bywa nawet uważany za dzienny szczyt żerowy. Po przerwie popołudniowej, po godzinie 16, zaczyna się żerowanie przedwieczorne i trwa aż do zachodu słońca. Czy leszcz żeruje również w nocy? Niektórzy badacze kategorycznie przeczą temu (rys. 137), lecz wędkarze twierdzą na podstawie swoich doświadczeń, że daleko po zachodzie słońca i grubo przed świtem biorą przynętę najgrubsze egzemplarze. Zwracaliśmy już uwagę, że o aktywności żerowej ryb przesądza nie tylko określona, aktualna temperatura wody, lecz również przemożny wpływ wywierają zachodzące w niej dynamiczne zmiany. Doskonale to ilustruje oraz ułatwia zrozumienie tego wpływu tabela 16. Sumuje ona wyniki pewnych badań nad leszczami-dwulatkami. Zamieszczony na rysunku 138 wykres jest uzupełnieniem tej tabeli. Komentując go, możemy stwierdzić co następuje. Tabela 16. Ilość pokarmu zjadanego w ciągu doby przez młodego leszcza a temperatura wody fwg Kriwoboka za Brylińską i Brylińskim) Okres obserwacji, mies. Temp. wody °C Dobowa masa pokarmu w mg w stosunku do masy ciała % VI 19 381,8 5,7 VI 22 709,7 9,0 VII 22 1066,8 10,1 VII 21 1310,9 9,1 VIII 21 1718,8 9,1 VIII 20 1427 6,6 Na przestrzeni czerwca wyraźnemu wzrostowi temperatury (z 19°C do 22°C, tj. o 3°) towarzyszy prawie dwukrotny wzrost ilości spożytego pokarmu. Fakt ten potwierdza ciepłolubność gatunku. W pierwszej połowie lipca temperatura wody ustaliła się na poziomie drugiej połowy czerwca (22°C). Jej stabilizacji nie towarzyszy jednak stabilizacja spożycia, gdyż leszczaki zjadają prawie tyle samo pokarmu, ile w czasie całego czerwca! Czyżby korzystny wpływ stabilizacji temperatury, czy może zbliżenie się do temperatury optymalnej? Ale oto w drugiej połowie lipca temperatura obniżyła się! Co prawda zaledwie o 1°C, osiągając poziom 21 °C. Na tę niewielką zmianę ryby pozornie nie zareagowały negatywnie, gdyż ich spożycie dalej wzrosło (konkretnie o około 240 mg), tym razem jednak przyrost masy ciała był mniejszy o około 60 mg (tj. o 20%), choć rybki zdołały nieco urosnąć, a zatem podniosła się ich zdolność do zjadania większych porcji. Widocznie spadek temperatury był zbyt mały, żeby spowodować spadek spożycia, ale wystarczająco duży, żeby przyhamować tempo przyrostu masy ciała. W pierwszej połowie sierpnia temperatura wody ustaliła się na ostatnim poziomie lipca (21 °C). Czy w tej sytuacji należało oczekiwać nie zmienionego żerowania? Okazuje się jednak, że ustabilizowanie temperatury wpłynęło znów pobudzająco na aktywność żeru, gdyż oto spożycie wzrosło aż o około 400 mg! W drugiej połowie sierpnia woda schładza się tylko o 1 °C i utrzymuje na dość wysokim poziomie 20°C, a jednak spożycie obniża się gwałtownie prawie o około 300 mg! Nasze rozważania warto by uzupełnić uwagą, że przez cały czas mówimy tu o średnich temperaturach, a przecież ważne są jeszcze Czerwiec Lipiec Sierpień 21' 21" —— wody — 20° 22- Temperatura -^N Rys. 138. Wykresowa interpretacja tabeli 16 (prostokąty ze strzałkami wskazują wielkość przyrostu lub spadku spożycia) zmiany dobowe lub inne krótkotrwałe w ramach tej czy innej temperatury średniej. Warto też byłoby poddać analizie ostatnią rubrykę tabeli 16, w której za pomocą liczb wyrażono natężenie głodu (apetytu) badanych ryb. Zauważmy również, że w ustabilizowanej temperaturze 22°C natężenie głodu osiąga wymiar rekordowy (stan napełnienia wynosi wtedy 10,1%), wyznaczając w taki sposób wprost idealnie termiczny szczyt żerowych zapotrzebowań leszcza i najwłaściwszy czas jego połowu. Zacytowane wyniki badań pobudzają naszą wyobraźnię łowiecką, ułatwiając zrozumienie zachowań pokarmowych nie tylko leszczy, lecz i innych gatunków. Warto więc śledzić za zmianami temperatury w rzece, szukać prawideł, którymi kieruje się łowieckie szczęście. Warto też zwrócić uwagę na zależność między godzinami dobrego żeru a naświetleniem rzeki przez słońce. Czy nie słuszne jest np. przypuszczenie, że leszcze, ale także inne gatunki ryb, szczególnie chętnie biorą przynętę, gdy słońce stoi nad rzeką, a nie kwapią się do niej, gdy znad przeciwległego brzegu oświetla spad boczny koryta, nad którym trwamy z wędką? Wbrew sądom licznych autorów trzeba przyjąć za pewnik, że nasze ryby chętnie biorą przynętę nawet przy dość silnych wiatrach, byle tylko ciepłych. Nie przeszkadzają im również w apetycie przelotne deszczyki, ale tak jak inne ryby reagują apatią na szare, pochmurne dni. Uważa się, że leszcze dobrze biorą w czasie obniżonych stanów rzeki. Może dlatego, że wyższym stanom towarzyszy zwykle chłodniejsza woda. Jeżeli jednak przyborek został spowodowany ciepłymi deszczami, ryby po krótkim okresie adaptacji podejmują żer, chwytając robaki i owady spływające z brzegów w nurt. Łowiska, wędki, zanęty i przynęty. Stad leszczy należy szukać zarówno w strefie brzegowej, jak i nurtowej - zawsze w najgłębszych miejscach rzeki. Stanowiska najchętniej zajmują w nurcie i tylko w płaskodennych, niegłębokich rzekach szukają azylu pod brzegowymi nawisami krzewów, spędzając tam godziny międzyżerowe. Ich żerowi-skamisą doły i rynny śródrzeczne, zagłówkowe baseny - zawsze z umiarkowanym prądem. Każdy wędkarz łatwo je zlokalizuje, obserwując poranne ipóźnowieczorne spławianie się ryb. Herzberg twierdzi, że leszcze żerują w sposób następujący: wygiętą w łuk tyralierą suną w górę rzeki, przetrząsając dno, osiągnąwszy zaś górny kraniec żerowiska, szybko spływają w dół i rozpoczynają żer od nowa. Istna orka, tyle że w jedną stronę. Łowienie ryb z brzegu odbywa się przy użyciu jednej z trzech dobrze już znanych wędek: spławikowej przystawki, przepływanki w smudze zanęty oraz łatwej w konstrukcji denki leszczowej. Wszystkie łączy wspólny wymóg wysokiej łowności, co dyktuje charakterystyczna dla leszcza przezorność i umiarkowanie w braniu przynęty. Oznacza to, że wędki muszą być w małym stopniu odstraszające, bardzo komunikatywne i cięte. Ich cechą są stosunkowo cienkie żyłki (żyłka główna o średnicy 0,30 mm, przypon 0,16-0,20 mm) oraz tzw. grochowe haczyki. Najbardziej misterna okaże się przystawka spławikowa na leszcze, stosowana na spokojniejszych łowiskach. Jej też poświęcimy trochę uwagi. Musi ją cechować, zgodnie z zasadą minimalizacji, bardzo dokładne wzajemne wyważenie spławika i obciążenia oraz ich dopasowanie do siły prądu w łowisku i do niewielkiego temperamentu żerowego ryby. Bardzo celowe okaże się zastosowanie przy niej buławkowatego spławika (rys. 139) opuszczonego główką w dół. Taki kształt oraz sposób umocowania go na żyłce wynika ze szczególnego zwyczaju ryby: wysokiego podnoszenia przynęty nad dno, na co spławik reaguje płaskim położeniem się na wodę i często znieruchomieniem. Dopiero w chwilę później można zaobserwować jego posuwisty ruch w którąś ze stron, kończący się ukośnym zatopieniem. Spławik buławkowy, dobrze wyważony, dzięki swemu kształtowi będzie pomagał leszczowi w podnoszeniu części obciążenia wędki, szybciej wypłynie i położy się, co przy łowieniu na małe przynęty (groch, pęczak, ziemniak) stanowi sygnał do szybkiego Rys. 139. Przystawka leszczowa: Aa - ze spławikiem buławkowym {(Ba), który może tym razem zastąpić zwykłe pióro gęsie (komorą powietrzną zwrócone w dół, ku haczykowi - Bb); na łowiska prądowe - raczej zwykła przystawka (Ab) np. z przelotowym ciężarkiem zacięcia ryby. Kiedy na haczyku umieściliśmy rosówkę, poczekajmy do zanurzenia spławika. Ze spławikiem współdziała obciążenie, tym razem koniecznie rozcz-łonowane, na domiar tak rozłożone, żeby podniesienie z dna samego tylko dolnego członu (ołowianego koralika) powodowało odchylenie się spławika od pionu. Innym zabiegiem czyniącym przystawkę leszczową bardziej komunikatywną jest dodanie do wędki krótkiego (15 cm) przy-ponu. Tak skonstruowaną przystawkę, zaopatrzoną w przynętę, zarzucamy nie wprost w interesujący nas punkt łowiska, lecz obok, tak żeby prąd i manewr szczytówki doprowadził przynętę na wyznaczone jej miejsce. Bez nęcenia nie ma leszczy w siatce. To zasada. W literaturze wędkarskiej zaleca się nawet tygodniowe ich nęcenie, po trzykrotnym jednak podaniu karmy w dobre łowisko powinny przyjść pierwsze rezultaty. Stosowana w przypadku leszczy karma zanętowa niczym nie różni się od stosowanej przy nęceniu płoci, jazi czy kleni. Dużą przy tym rolę odgrywają gotowane ziemniaki, kasze i ziarna sypane szeroko w łowisko, z myślą o zatrzymaniu w nim stada na dłużej. Dobrze również służą zanęty zwierzęce mieszane z gliną (dżdżownice, ochotki, białe robaczki, jętki). Leszcz, mimo że jest jedną z „najłagodniejszych" ryb, specjalizuje się w pożeraniu przede wszystkim pokarmu zwierzęciu, dlatego w nie obłowionych przez wędkarzy rzekach i łowiskach chętniej bierze robaka niż ziemniaka. Dopiero przyuczenie leszczy do pokarmu roślinnego czyni je amatorami tego rodzaju pokarmu. Stąd do przynęt leszczowych zaliczamy też, poza zwierzęcymi, także roślinne, a głównie groch i ziemniaki, po nich pęczak i ziarna oraz ciasta, np. w postaci tzw. blina. Uważa się dość powszechnie, że na atrakcyjność leszczowego ciasta wpływa dodatek czosnku lub barwienie go na pomarańczowo. Doświadczenia autora nie potwierdzają tych zaleceń. Natomiast dodatek przynęty zwierzęcej (ochotki, jętki) oraz barwienia na kolor żywo czerwony zasługują na uwagę. O ciężkiej przepływance nurtowej można powiedzieć: kosa na ryby! Bo też jest niebywale skuteczna. Przy łowieniu na tę wędkę, dobrą towarzyszkę rzecznego wędkarza jest smukła, sucha łódka, wyposażona w sadz. Dalszym koniecznym wyposażeniem są dwa mocne, z Rys. 140. Dwa sposoby ustawienia łódki wędkarskiej (zawsze jednak powyżej ostoi ryb): Ł1 - oparta dziobem o ląd, z jednym palikiem (p) umieszczonym za wędkarzem, L2 - stanowisko w nurcie, z dwoma palikami, ł - trasa przepływanki, k - kule zanętowe grotami u dołu, około 3-metrowe paliki. Za ich pomocą unieruchamia się łódkę równolegle do prądu w wybranym miejscu koryta: w nurcie lub bliżej brzegu (rys. 140). Niekiedy ustawiamy łódkę w poprzek rzeki, opierając ją dziobem o ląd. Paliki wbija się zwykle w dno na stałe. Jeżeli jednak wędkarz decyduje się zabierać je po skończonym łowieniu do domu i jeżeli stale chce zanęcać łowisko, powinien pozostać znak, żeby trafić do niego. Mimo że śródrzeczne łowiska nie znajdują się zwykle na szlaku statków i łodzi, lecz na bocznych krawędziach nurtu, to pozostawione tu jako znaki kołki powinny być łatwo dostrzegalne i niezbyt grube, a więc nie stwarzające niebezpieczeństwa. W razie braku palików zadowalamy się dwiema kotwicami wiązanymi nie na czyniących rumor łańcuszkach, lecz na mocnych sznurach. Tak zwane palikowanie łódki nie należy do czynności uwalniających od myślenia. Wiążemy więc łódkę dziobem do prądu (zaczynając od palika dziobowego) i tą burtą, wzdłuż której nie będziemy prowadzić przepływanki. Łódkę wiążemy krótko, lecz i z pewnym luzem, a to z uwagi na mijające nas motorówki, które podnosząc fale mają zwyczaj, przy Pi Rys. 141. Wędkarska łódka i sposoby jej mocowania: najkorzystniej na dwóch palikach (P) przy burcie, z których P, wędkarz wykonał z metalowej rurki; g- amortyzatory pod paliki, d-przesuwana deska do siedzenia twarzą ku burcie wiązaniu łódki „na sztywno", wyrywać paliki z dna lub rwać sznury. Na rzekach uczęszczanych przez statki i ślizgacze stosujemy wiązanie odmienne: pierwsze - luźne połączenie łódki z palikiem, wbitym przed jej czubem, oraz drugie - boczne, tuż pod ręką wędkarza, który w momentach krytycznych amortyzuje uderzenia łódki o palik siłą swego ramienia (rys. 141). Przy każdym sposobie wiązania łódka lubi stukać burtą w paliki, co odstrasza ryby. Przed stukaniem zabezpieczamy się, wykładając fragmenty burty gumowymi opaskami. Nim, jak mówią wędkarze, „zabijemy paliki", wcześniej trzeba wybrać dobre łowisko. Pomoże nam w tym obserwacja spławień ryb, znajomość ich zwyczajów oraz samej rzeki. Zdecydowawszy się na lokalizację ogólną, wybieramy z kolei pozycję dla łódki, przy czym dajemy pierwszeństwo miejscom leżącym powyżej przypuszczalnych stanowisk (ostoi) ryb: głę-boczków w nurcie, dołów, progów podwodnych, materaców itp. Dwa dalsze warunki prawidłowego ustawienia łódki to: wybór właściwego dna oraz idealnie równoległe ustawienie łódki w stosunku do prądu. Dobre dno nie może być kurzawkowate, lecz musi być twarde, gładkie na całej trasie przyszłego łowienia i - w miarę możliwości -poziome. Poza tym woda w łowisku powinna mieć około 2 m głębokości. Głębokość łowiska, rodzaj i gładkość dna rozpoznajemy, posługując się wiosłem, a potem ołowianą sondą przywiązaną do wędki. Równoległość ustawienia łódki sprawdzamy, spławiając próbnie spławik przepływanki wzdłuż przyszłej trasy łowienia. Jeśli uznamy, że wybraliśmy miejsce właściwe i że prawidłowo ustawiliśmy łódkę, to solidnie już mocujemy paliki w dnie i przywiązujemy łódkę. W końcu wrzucamy do wody, po stronie burty łownej, zanętowe kule-wcześniej wykonane i podsuszone, potem rozłupane na połowy - obliczając tak, aby padły obok łódki, w odległości nieco bliższej, niż spływać będzie spławik. Chodzi bowiem o to, żeby leżąc w łowisku nie były zawadą dla wędki (haczyka i obciążenia). Kule zanętowe wykonujemy jeszcze na brzegu. Używamy do tego wyrobionej z wodą czystej gliny, przemieszanej z zanętą smużącą (otręby, płatki owsiane, ziemniaki itp.) oraz z zanętą przynętową - przede wszystkim grochem. Kule formujemy, duże, o średnicy 20-30 cm. Na 15-30 minut przed rozpoczęciem łowienia wrzucamy w wodę kilka kul, a resztę pozostawiamy na nęcenie dodatkowe w późniejszym czasie i ewentualnie przy schodzeniu z łowiska, jeśli mamy zamiar jeszcze na nie wrócić. Nurtowa przepływanka spławikowa nie ma właściwie szczególnych cech. Jest to po prostu wybitnie ciężka przepływanka, dostosowana do wartości prądu na skraju głównego nurtu lub nawet w samym nurcie. Jej łowność zależy od tego, czy dobrze wybraliśmy i przygotowaliśmy łowisko oraz czy prawidłowo ją używamy. Ponieważ wędka ta powinna szybko zatapiać przynętę i dać się prowadzić stale przy dne na ściągniętej żyłce, jej obciążenie musi być dość znaczne. To Rys. 142. Ustawianie „gruntu" na przeptywance nurtowej: G - ciężki gruntomierz, O - obciążenie wędki wszystko pociąga za sobą zwiększenie wyporności (wielkości) spławika z korka o kształcie kropli i wielkości śliwki węgierki. Możliwość złowienia grubego jazia lub brzany każe posłużyć się mocną wędką, co w przypadku np. przyponu oznacza, że jego średnica powinna wynosić 0,25 mm. Pamiętamy jednak, że o mocy wędki decyduje nie tylko sama średnica żyłki. Bardzo ważnym elementem przypływanki jest odpowiednie wędzisko (w tradycyjnej postaci - jednolity kij jałowcowy). Jeśli przewidujemy spotkanie z grubymi rybami, wędzisko nie może być zbyt długie i ciężkie: nie powinno mieć więcej niż 2,80-3,00 m długości. Przy jego użyciu łowimy na niewiele dłuższej żyłce, mierzonej od szczytowej przelotki do haczyka. Przy wędzisku niezbędny będzie kołowrotek, bardzo lekki i o dużej szpuli. Łowienie rozpoczynamy od ustalenia, zgodnie ze znanymi nam zasadami, tzw. gruntu (rys. 142). Potem zaczyna się praca - dla niewprawnych ciężka i wymagająca dużej skrupulatności. Przed rozpoczęciem łowienia wędkarz, jeżeli nie chce cierpieć z powodu „skręcenia" kręgosłupa, siada bardzo wygodnie, frontem ciała i twarzą w kierunku burty łownej. Powinien również wymościć sobie siedzisko. Przynajmniej już od momentu wrzucenia w wodę kul zanętowych nie wolno stukać w łódkę. Dlatego m.in. trzeba mieć buty o gumowych podeszwach. Pod ręką, w cieniu, umieszcza się zasobnik z przynętą, obok - podbierak na krótkim trzonku, za plecami przywiązuje do burty siatkę sadzową. Jeżeli nie wytłumiło się dna łódki jakąś wyściółką, złowionych ryb nie wolno kłaść bezpośrednio na deski, lecz należy odhaczyć je w podbieraku i stąd przenosić do siatki lub sadza z wodą... Dopiero po tych wszystkich zabiegach wstępnych można rozpocząć łowienie. Kolejność czynności jest tu następująca. Założywszy przynętę na haczyk, zwykle groch, wędkarz energicznym zamachem giętkiego kija zarzuca wędkę po łownej stronie burty, możliwie wysoko pod prąd, gdyż chce, żeby przynęta osiągnęła dno jeszcze przed leżącą na dnie zanętą. Dotknięcie dna przez ciężarek sygnalizuje spławik gwałtownym obróceniem się kilem (dolną częścią) przeciw prądowi i przytopieniem. Parę sekund wcześniej wędkarz opuszcza szczytówkę tuż nad wodę, cofa ją napinając i skracając żyłkę do długości 30-40 cm, przyhamowuje spławik podczas jego spływania, aż ten skieruje się dolnym końcem wzdłuż prądu i przyjmie pozycję lekko ukośną (rys. 143). Kiedy już nabierzemy pewności, że żyłka w wodzie ustawiła się jak należy (rys. 144), rozpoczynamy hamowane sprowadzanie wędki w dół łowiska, skrajem leżących na dnie kul. Cel, jaki temu przyświeca, jest oczywisty: przez cały czas pokonywania swej trasy przynęta ma sunąć przy dnie. Prowadząc spławik na krótkiej żyłce, wędkarz zauważa, trwające nie dłużej niż sekundę, jego przynurzenie. Reaguje na nie błyskawicznym zacięciem! Będzie to bowiem najprawdopodobniej branie ryby! Wykonuje więc zacięcie - energicznie, lecz z czuciem - z powodu każdego przynu-rzenia korka, choćby był przekonany, że spławik dał nurka za sprawą zanętowej kuli (tę łatwo zdemaskować: zostawia na haczyku odrobinę gliny). Nie obawiajmy się pustych zacięć! 4. Wędkarz widząc, że spławik doszedł prawie do kresu łowiskowej trasy, sam wykonuje zacięcie puste, świadomie gubiąc przynętę. Tak postępuje nawet kilka - kilkanaście razy pod rząd. Dlaczego? Wyobraźmy sobie przez chwilę, jak wskutek manewru łowcy zachowuje się groch. Otóż, poderwany szarpnięciem szczytówki, podskakuje w górę, zrywa się z haczyka, a potem bezwładnie opada na dno. Czy znajdzie się w łowisku ryba, która po pewnym czasie nie zaszarżuje na spadające ziarno? Ale oto wędkarz zmienił postępowanie... Właśnie spławik dochodził kresu wędrówki, kiedy wędkarz -zamiast wyciągnięciem ramienia pozwolić mu zejść do końca - wstrzymał jego spływanie na 2-3 sekundy. W odpowiedzi prąd mocniej nacisnął na zatopiony odcinek żyłki, podniósł nieco nad dno ciężarek i przynętę... I wtedy wędkarz gwałtownie prostuje ramię, spławik wyrywa się do przodu, a wędzisko podskakuje w górę w „ślepym" zacięciu. Wędka w pierwszej Rys. 143. Zasada prowadzenia najcięższej z przepływanek (spławik mocno hamowany, aż do położenia go) Rys. 144. Przynęta nie może być wleczona po dnie chwili odpowiada twardym, potem zaś żywym, dynamicznym oporem - to zwiedziona ryba znalazła się na haku. Łatwo sobie wytłumaczyć przyczynę takiego finału, w którym nie tylko leszcz, ale i jaż lub brzana kończą w podbieraku (rys. 145). Rys. 145. Te manewry przechytrzą czujność dużych sztuk: / - ceiowo puste, ośmielające rybę ścinanie przynęty, // - przyhamowanie wędki, raptowne jej zwolnienie i... zacięcie „w ciemno" 6 Zacięta ryba umyka w dół rzeki. Nie należy jej zbytnio w tym przeszkadzać: niech wysnuje parę metrów żyłki. Słuszniej zmęczyć ją z dala od zanętowych kul i łowiska, a potem już wierzchem wody doprowadzić do łódki. Zresztą leszcz po dzielnej, lecz krótkiej walce, kiedy to i wyskoczyć z wody potrafi, daje się biernie ściągać wędkarzowi. Gdy znajdzie się w łódce i sadzu, wędkarz wrzuca powyżej łowiska garść grochu, by po chwili odpoczynku znów podjąć działanie. W czasie łowienia z łódki wędkarze często ustawiają na rufie denkę: z żywcem na haczyku, jeśli liczą na sandacza, z grochem - gdy mają na uwadze klenia, brzanę lub inną karpiowatą rybę. Kiedy rzekę wzburzy wiatr idący pod prąd, przepływanka przestaje być dobrą wędką: fala podrzuca spławik, a ruch ten żyłka przekazuje przynęcie, czyniąc ją podejrzaną. Również kiedy głębokość łowiska jest Rys. 146. Przepływanka bez spławika m.in. na dzień wietrzny większa niż 2,5 m lub kiedy dno obniża się znacznie, przepływanka nurtowa traci swe zalety. W takiej sytuacji zastępuje ją przepływanka bez spławika (rys. 146). Jest to po prostu ta sama wędka, tyle że pozbawiona spławika i bardziej obciążona umieszczoną przelo-towo nad haczykiem ołowianą oliwką lub wiśnią. Wędkę tę prowadzi się wzdłuż burty, jak spławikową: na ściągniętej żyłce, w stałym kontakcie szczytówki z ciężarkiem i przynętą. Zwykle sam prąd sprowadza ciężarek w dół, czasami wędkarz pomaga mu małymi ruchami podnoszącymi. Branie ryby rozpoznajemy po silnym targnięciu szczytówką lub gwałtownym zahamowaniu ruchu wędki. Jak łatwo się zorientować, warunkiem zastosowania tego typu wędki jest gładkie dno. W wybitnie sprzyjających warunkach pozwala ono wyprowadzać przynętę dość daleko od łódki i prowadzić ją wachlarzowatymi zakosami. W sumie piękny to sposób wędkowania.
Sum - Zagłoba naszych wód
Porównanie to wymyślił J. Żabiński. Pomysł zrodził się z powodu sumiastych wąsów pana Zagłoby, a nawet dziecko wie, że sum ma je bardzo okazałe. W parze z wąsami powinien iść pokaźny brzuch pana Onufrego Zagłoby. I tak się rzeczywiście dzieje. Wszystko razem skłaniałoby do uznania ryby za istotę raczej dobroduszną, gdyby nie najgorsza o niej opinia: przecież to drugi po szczupaku Belfegor naszych wód! Czarną opinię potwierdzają rozmaite informacje. I tak np. w jednym z numerów „Przekroju" S. Maciejewski wspomina o śmiertelnych wypadkach w nurcie Biebrzy, jakim za sprawą sumów mieli ulec trzej płetwonurkowie. Podobne wieści można by od biedy uznać za fragmenty rozbójniczej legendy. Ale są i inne świadectwa mówiące o wyraźnie już haniebnym zachowywaniu się suma. Otóż ma on być pożeraczem zwłok. Obedrzeć do kości utopioną sarnę jest dla niego fraszką. W brzuchu jednego znaleziono ponoć upierścienioną rękę człowieka. Jeżeli ostatni fakt wyraża skłonność suma do biżuterii, to przed wejściem do rzeki w celu zażycia kąpieli raczej zdejmujmy z palców... Silurus glanis sum! Sum europejski (Silurus glanis L.) jest nie tylko rybą niezwykłą, ale i należy do rodu, którego przedstawicieli można by nazwać oryginałami. Jego krewniakami są np. sumy elektryczne, sumy odbywające wędrówkę lądem, afrykańskie sumy pływające wyłącznie na grzbiecie, amerykańskie sumki „carnero" przenikające do otworów ciała przebywających w wodzie ludzi i zwierząt... I jeszcze innych dziwaków można bytu wymienić. Wśród nich sum europejski wyróżnia się rozmiarami. Pomijając sztuki 250-kilogramowe (wspomina o nich Vostradov-sky), my zadowalamy się wąsaczami ważącymi ponad 50 kg. Polski rekord wędkarski ustanowiony w 1978 r. przez R. Adamczyka znamionuje masa 63,0 kg oraz długość 220 cm. Terytorium występowania gatunku przedstawia mapa (rys. 127). Zauważmy, że Polska leży na krańcu właściwej mu krainy, co może znaczyć, że nie znajduje on tu optymalnych warunków bytowych. Z południowego rozmieszczenia wynika sugestia, że sum należy raczej do klimatu cieplejszego, o czym też świadczy jego tarlana ciepłolubność (19°C i więcej). W Polsce jednak występuje dość powszechnie w rzekach i niektórych jeziorach. W rzekach znajduje najkorzystniejsze warunki w krainie leszcza oraz w dole krainy brzany. Rys. 127. Rozmieszczenie geograficzne suma sugeruje jego wschodnio--południowe skłonności terytorialne Gdyby nie brzuch, o sumie można by powiedzieć, że składa się wyłącznie ze łba i ogona. Proporcje jego ciała wyraźnie naruszają wyobrażenie ryby konwencjonalnej. Bo też jeżeli całą długość ciała suma wyrazimy liczbą 30 punktów, to na łeb przypadnie ich 5, na tułów zaledwie 7, a na trzon ogonowy aż 18. Kształt, ubarwienie, bezłuska powłoka skórna, a także miękkość ciała i falistość trzonu ogonowego w ruchu, na pierwszy rzut oka zbliżają go bardziej do miętusa i węgorza niż do karpia lub szczupaka. Jest więc rybą „czarną", tj. bytującą przy dnie i żerującą w nocy, natomiast niezwykle silny ogon świadczy o tym, że mamy do czynienia ze świetnym pływakiem, wagabundą, aktywniejszym od innych poznanych już drapieżników naszych wód (rys. 128). Tułów ryby jest śmiesznie baryłkowaty, z przelewającym się brzuchem, łeb zaś stanowi jego godne dopełnienie: szeroki i duży, spłaszczony - przeciwnie niż wiosłowały ogon - w płaszczyźnie czołowo-żuchwowej, dużo bardziej zdecydowanie niż w przypadku klenia. Taki właśnie kształt pięknie służy rybie praktykującej przyczajenia w nurcie przy samym dnie. Ciemny kolor ciała wskazuje dodatkowo, że i dno w sumowej czatowni powinno być ciemne, a przynajmniej przymroczone grubą warstwą wody. Sum ma pysk wybitnie szeroko rozcięty, obszerny i wyraźnie górny: dolna żuchwa wychodzi poza krawędź szczęki górnej. Czy jest on drapieżnikiem? Rozwartość pyska może być tylko sugestią, natomiast zęby to już pewnik. Zauważmy jednak, że jego zęby nie są wielkie i kłujące jak szczupaka; to drobna piłka do metalu. Z okolic kątów paszczy wyrastają jego sławne wąsy: wyrostki z żywej tkanki, napięte i ruchliwe, sięgające nie dalej, niż do końca płetw piersiowych (o czym nie wiedzą graficy zdobiący poświęcone sumom monografie). Poza wąsami sum ma również „brodę" - cztery wyrostki znacznie krótsze, umieszczone pod żuchwą. Wąsy i broda służą zmysłowemu rozpoznaniu otoczenia, przede wszystkim pod względem smakowym. Komórki smakowe sum ma rozrzucone Rys. 128. Sum europejski; wśród okazowych trofeów zajmuje u nas - po karpiu i szczupaku - trzecie miejsce nadzwyczaj szczodrze na wargach, na łukach skrzelowych, na głowie i płetwach oraz na całym ciele. Taka szczodrość natury może dziwić. Jeśli jednak dodamy, że odczucie smaków jest tylko możliwe z udziałem cieczy, to rozmieszczenie komórek smakowych również poza pyskiem ma głębokie uzasadnienie. Jest to ważne zwłaszcza dla ryb żerujących nocą, gdy wzrok nie odgrywa prawie żadnej roli. Jak wykorzystać smakowe (a także węchowe) wyczulenie suma dla doprowadzenia go do naszej wędki? Problem identyczny, jak w przypadku węgorza. W każdym razie pamiętajmy na łowisku, że wiatrem niosącym pod wodą wonie i smaki jest prąd. Oczy suma są malutkie, niepozorne, szeroko rozstawione. Kiedy ma się takie oczy i na domiar poluje się na wodne istoty nocą, to trzeba mieć dodatkowy zmysł łowiecki - radar linii bocznej. U suma jest on doskonale wyczulony. Liczymy się więc z tym faktem przy wyborze przynęty oraz kontrolujmy swoje zachowanie nad wodą. EJadano sprawność słuchową suma i okazuje się, że odbiera on też dźwięki niskiej częstotliwości, a więc m. in. takie, jakie towarzyszą pluskowi ryb. Rybacy od wieków wykorzystują tę wrażliwość stosując narzędzia wytwarzające atrakcyjne dla drapieżników odgłosy. Z budową narządu słuchu jesteśmy skłonni wiązać pewną specjalną wrażliwość suma na sytuację w środowisku. Czy przypadkiem, pytamy siebie pamiętając o elektrycznych jego kuzynach, nie jest on „elektrykiem" w europejskich warunkach geograficznych? W każdym razie jest on czułym odbiorcą wyładowań elektrycznych występujących w aurze i innych zachodzących w niej zmian. Dla wędkarza, który obserwował oddziaływanie na suma (jak i węgorza) napięć i rozładowań elektrycznych w atmosferze, taka wrażliwość wydaje się oczywista. Chociaż ... Całe to przypuszczenie czyni zbędnym fakt, że sumy odbierają różnice ciśnień atmosferycznych dzięki swym pęcherzom pławnym i w taki sam sposób również może oddziaływać na nie każda bliska lub trwająca właśnie burza z towarzyszącymi jej zmianami ciśnienia. Polujemy tylko na dorosłe ryby łowne - to zasada racjonalnego stosunku wędkarza do swego zwierzostanu. Ale oto niejeden wędkarz z głębokim przekonaniem szanujący i praktykujący tę zasadę zdziwi się, kiedy się dowie, że łowiąc 50-centymetrowe sumki (na co zezwala regulamin PZW) w istocie wybiera z rzeki młode, niedojrzałe rybki. Taki sumek - chociaż waży około 1 kg i liczy sobie około 3 lat życia - jeszcze powinien pożyć, żeby wziąć udział w pierwszym dla siebie tarle. W naszych bowiem warunkach sumy dojrzewają do rozrodu dopiero w 5-6 roku życia, gdy osiągną długość całkowitą 70-80 cm oraz wagę 2,3-3,0 kg (tab. 13). Łowiąc sumki mniejsze, stawiamy się w sytuacji myśliwego strzelającego do pasiastych warchlaczków lub jelenich cieląt garnących się jeszcze do wymienia matki. Czy taka trzebież ma gospodarczy i sportowo-łowiecki sens? Wiedzmy, że w korzystnych warunkach sum rośnie wyjątkowo szybko. W całym swym życiu przyrostami i wymiarami przewyższa sandacza- Tabela 13. Próba przybliżonego odczytania wyników badań nad zależnością między wiekiem, wzrostem i wagą suma wiślanego (za Horo-szewicz) Wiek (lat) 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 Długość (cm) 20 40 60 70 80 100 105 115 120 125 130 Waga (kg) _ 0,8 1,5 2,3 3 4,5 6 7,5 9 11 13,5 równolatka, a nad szybko rosnącym szczupakiem ma przewagę w wieku dorosłym. Jest więc na co poczekać, nie spieszyć się z odłowem młodych sumków, a wręcz przeciwnie chronić je. Jeżeli łososiowate uznajemy za gatunki szlachetne, to sum w pełni zasługuje na status przynajmniej półszlachetnego. Obyczaje żerowe gatunku. Sum odżywia się bezkręgowcami i kręgowcami, także ze środowiska przyrzecznego, o odpowiednich rozmiarach i smaku. Tak uogólnioną wypowiedź jesteśmy w stanie ożywić interesującymi konkretami. Jeden z nich wynika z 3-letnich badań nad odżywianiem się sumów w delcie Wołgi, podobnych - przypuszczamy -pod względem gustów do naszych polskich sumów z Wisły lub Noteci. Informacji zasięgnęliśmy z pracy L. Horoszewicz, niezwykle interesującej również dla wędkarzy. Na podstawie analizy treści żołądków złowionych sumów ustalono, że poszczególne pokarmy spożywane są w następującej ilości (%): narybek i wylęg 38,7 ryby dorosłe 29,2 żaby 19,0 ssaki 3,8 raki 0,9 inne 8,4 Czy nie zaskakuje dominacja małych rybek, a także znaczny procent żab, potem ssaków i wręcz znikoma pozycja raka? W skłonności drapieżnika do raczej małych ofiar utwierdza nas wynik innego badania (Horoszewicz). Oto długość największej ofiary klenia wynosi 25% jego własnej długości, sandacza - 28%, okonia - 30%, a szczupaka nawet - 38%, sum zaś zadowala się średnią długością -13%, w skrajnych wypadkach nie przekraczając raczej 20%, czyli jednej piątej jego własnej długości. Tak pryska legenda o wielkim pożeraczu. Nastawiając się więc na metrowego suma ważącego około 6 kg, nie używajmy żywca dłuższego niż 20 cm. Ograniczenie rozmiaru sumowych ofiar nie wynika z jego nieumiejętności chwytania ryb większych. Wydaje się, że taki wybór narzuca mu raczej budowa żołądka-pękaty mieszek, stworzony jakby do napełniania go drobiazgiem lub jednym ale baryłkowatym kęsem. Zmieści się w nim i % 80- f §60 % "v. 40-k; 20- M aj Czerwiec 7 dekada 2 dekada 3 dekada 1'dekada 2 dekada 3 dekada n <^ S» n <3 § Xi C2 ■v, o. .53 -I li F i EzaOffl Rys. 129. Do ryb-ofiar pożeranych najczęściej przez sumy w maju należą jazgarze i płocie, w czerwcu prawie wyłącznie ukleje (Horoszewicz), ceńmy więc ukleje jako żywca na suma ofiara dłuższa, byle potrafiła się odpowiednio zgiąć i ułożyć. Zbliżywszy się do kształtu i rozmiarów pożeranych zdobyczy zainteresujmy się, jakie gatunki ryb możemy przeważnie znaleźć w sumich żołądkach (rys. 129). W wyniku badań okazało się, że występują tu prawidłowości uzależnione od pory roku. W pierwszej dekadzie maja pierwsza na liście żeru znajduje się płoć kończąca właśnie swój rozród, obok zaś niej znacznie rzadszy jazgarz, również obecny na tarliskach. Już w drugiej dekadzie tego miesiąca płotka spada na szary koniec listy, czołowe zaś jej miejsce zajmuje bobrujący po tarliskach jazgarz. Jeszcze w trzeciej dekadzie maja znaczy on wiele, choć ustępuje pola licznym innym gatunkom, wśród których ma swoją nieznaczną pozycję ukleja. W pierwszej dekadzie czerwca gatunkiem przewodnim w jadłospisie jest odbywająca tarło ukleja, natomiast płoć i jazgarz zepchnięte są na szary koniec. Utrzymuje ona tę pozycję przez cały miesiąc, stanowiąc w sumim menu 80% całości. Czy nie zakrawa to na wielką pochwałę uklejowego żywca? W pracy Horoszewicz nie ma odpowiedzi na pytanie o najpopularniejszą ofiarę w lipcu, doświadczenie wędkarskie każe jednak dalej cenić uklejkę w roli przynęty. Poza tym sum chwyta i inne ryby. W jego żołądku nie znaleziono tylko sandaczyków, szczupaczków oraz osobników własnego gatunku. A żaby? We wszystkich podręcznikach, w opowieściach wędkarzy i rybaków pozbawiona skóry żaba stanowi wręcz doskonałą przynętę sumową. Czy jednak aż tak daleko posuwać swe łowieckie pasje, żeby „łupić" żaby? Kwestia to do indywidualnego rozstrzygnięcia. I jeszcze jeden drażliwy problem - gryzonie. Prawdą jest, że te zwierzęta stanowią częstszą pozycję pokarmową suma, niż to sobie wielu z nas wyobraża i niż sobie tego życzy. Kiedy sum najlepiej żeruje? Pod dwoma względami nie mamy wątpliwości: sum jest ciepłolubny oraz cieniolubny. Te dwie cechy wpływają niewątpliwie na pory żerowe gatunku. Za ciepłolubnością przemawiają dosłownie wszystkie argumenty, dowody i opinie - pośrednio i wprost. W sposób pośredni dowodzi np. fakt, że sumowy wycier ginie już po paru godzinach przebywania w wodzie o temperaturze 5°C. Dowodów bezpośrednich dostarcza praktyka wędkarska, niezupełnie zgodna w szczegółach, ale jednomyślna w kwestii zasadniczej. Świadczą Liczba ztowień i 6 / / / / / t / * / y J * / ^ \ \ 2 3 s IV V VI VII VIII IX X XI Rys. 130. Wykres aktywności żerowej suma: 1 - wg publikacji na łamach „Wiadomości wędkarskich", 2 - wg źródeł NRD (Zeiske), 3 - wg Fortu-natowej (Brylińska, Bryliński), w odniesieniu do ilości ryb zjadanych przez sumy zasiedlające deltę Wołgi; odchylenia nie przeczą istnieniu szczytu żerowego w środku lata o tym dane przedstawione w tabeli 14 i na rysunku 130. Do tej grupy argumentów należy też szczególnie liczne łowienie wielkich sumów w pobliżu zrzutów ciepłej wody z elektrowni. Wreszcie za koronę wszelkich przybliżeń do prawdy trzeba uznać wyniki naukowych badań. Możemy z nich wywieść, że zakres temperatur optymalnych suma zawiera się mniej więcej w granicach 20-25°C. Wszystko razem pozwala wędkarzowi nie bardzo dbać o brak doskonałej jednomyślności źródeł i autorytetów, a skoncentrować uwagę na rybie w jednym tylko sezonie - w środku lata. Do bardziej szczegółowych wniosków doprowadzi go następująca informacja, referująca wyniki badań węgierskich nad tempem trawienia u suma. Zależnie od temperatury wody tę samą porcję żeru równe wiekiem sumy trawią w ciągu: Tabela 14. Opinie o sumie mijają się tylko w odniesieniu do czerwca (miesiąca tarła) oraz wczesnej jesieni temperatura wody (°C) 5 10 15 20 25 czas trawienia (godzin i minut) 206 86 i 31 49 i 26 28 i 52 20 i 36 Znaczy to m. in., że w wodzie o temperaturze 15°C (koniec maja) sum musi się nasycić tylko raz na dwie doby, a już miesiąc później intensyw- ność głodu podwaja się - ryba napełnia żołądek każdej doby... Wnioski można snuć dalej. Noc ciepła i ciemna, przedburzowa szczególnie, jest czasem największego ożywienia drapieżnika, do niej został przystosowany przez naturę, w jej mroku skutecznie poluje. Chętnie przez niego widziane stada małych rybek gromadzą się wówczas na twardych równiach dennych za przykosami (kiełbie) albo odpoczywają pod zwierciadłem wody, chyba zdezorientowane ciemnością i z tego powodu dość nieporadne (ukleje), trwają wreszcie nieruchomo w przybrzeżnych cieniach prądowych, w pobliżu roślin i korzeni drzew (inne gatunki). Chwytanie ryb w takich miejscach nie należy do trudnych sztuk, zwłaszcza jeśli ma się szeroką paszczę-matnię. Dość często zdarza się, że sum poluje również w dzień. Toteż kuszenie go o tej porze właściwą przynętą można uznać za zajęcie celowe i godne polecenia. Pory dziennych ataków suma na przynętę trafnie określa Z. Wołochowicz: rano od godziny 9 do 10.30 i po południu od 16 do 19. Zauważmy, że agresywność żerowa o tej porze przypada na średnie przeniknięcie toni światłem. Dodajmy od siebie, że obie pory dziennego łowienia suma szczególnie się potwierdzają w czas matowego, przesłoniętego chmurami lub wysoką mgłą słońca, także podczas ciepłych deszczy przelotnych, a w dni klarowniejsze - w łowiskach zacienionych drzewami lub wysoką ścianą krzewów. Zwyczaje łowieckie drapieżnika. Ledwie wyzbyty woreczka żółtkowego szczupaczek atakuje swe pierwsze zdobycze sposobem doskoku z pozycji przyczajenia. Przy tym zwyczaju trwa do końca życia. Młody sumek postępuje inaczej: on goni swą ofiarę. Tak poluje również wówczas, gdy dorośnie. Posuwa się do przodu cichymi podejściami, wszystkimi zmysłami szuka ofiary, podpływa do niej możliwie szybko i stara się ją pochwycić. Jest myśliwcem-indywidualistą, nie poluje stadnie jak okoń, co jednak nie wyklucza występowania tej ryby w siedliskowych skupieniach. Trzeba rozróżnić trzy rejony łowieckie drapieżnika, z których korzysta w różnym zakresie w różnych porach doby (rys. 131). Są to: 0 stanowisko dziennego przyczajenia, 9 rewir wokół wymienionego stanowiska i odpowiadająca mu najniższa, przydenna warstwa wody, 9 odległe od stanowiska dziennego podpowierzchniowe i przydenne rejony żerowiskowe. Na stanowisku dziennego przyczajenia sum przebywa od świtu do zmierzchu. Służy mu za nie bezpieczny, zacieniony dół śródrzeczny, zabezpieczony w miarę możliwości zawadami i osłonami prądowymi. Tu odprawia on sjestę, trawi. Ale w sprzyjających warunkach termicznych i pogodowych nie przepuści ofierze (przynęcie), która podsunie mu się pod pysk i podrażni odruch żeru. Odmiennie zachowuje się ryba, jeśli podnieci ją przesuwający się ciepły front atmosferyczny. Wtedy, nawet jeśli jest to sam środek sło- Rys. 131. Łowieckie rejony suma, a tym samym poziomy jego łowienia, zależnie od pory doby i sytuacji atmosferycznej necznego dnia, sumy opuszczają stanowiska-czatownie i zaczynają krążyć w ożywieniu po swym rewirze, wykorzystując najlepsze po temu szlaki. Trzymają się jednak bliżej dna i tam atakują ofiary, tam też pozwalają się złowić. Zwykłe „robocze" polowania odbywają jednak nocami. Odwiedzają wówczas żerowiska nawet znacznie oddalone od czatowni. Penetrują strefę podpowierzchniową na wyciszach prądowych, w strefie brzegowej szukają żab, przy brzegach wysoko zarośniętych polują na ukryte tam ryby, raki, a także na aktywne o tej porze gryzonie. Jak z tego wynika, sum w nocy jest drapieżnikiem ruchliwym i w tym czasie - zabrzmi to jak herezja - jest rybą przypowierzchniową, buszującą metr, półtora pod zwierciadłem wody. Umiejętność łowienia sumów w nocy polega na wcześniejszym, jeszcze za dnia znalezieniu stałych miejsc koncentracji rybek służących mu za pokarm, takich jak ukleja, które pod wieczór gromadzą się w stałych miejscach i tam nocują całymi ławiczkami. Łowiska, wędki i przynęty. Trzy rejony łowieckie suma wyznaczają wędkarzowi trzy łowiska, z których każde wymaga dostosowania specyficznych sposobów łowienia. Tymczasem, gdybyśmy przeprowadzili wśród ogółu wędkarzy referendum na temat najlepszych wędek sumo-wych, mogłoby się okazać, że wszystkie wędki bije na głowę tradycyjna / Pobliże dziennej ostoi sumowa denka, dystansując inną pretendentkę do popularności - wędkę rzutową (spining). Poza nimi, na dobre, nie istniałyby żadne inne. Uznając wszystkie zalety spiningu, podważmy walory denki; zastosowana bowiem do łowienia sumów, a nie sumków, jest wędką bardzo złej przysługi. To z przyczyny wabiących rosówkami nocnych denek giną każdego lata legiony małych, żerujących przy dnie rybek tego gatunku, które powinny jeszcze żyć i rosnąć, żeby osiągnąć rozmiary ryb łownych. Tylko nieświadomość tłumaczy owo, pozbawione skrupułów traktowanie sumowej młodzieży - żarłocznej, biorącej namiętnie atrakcyjną przynętę podawaną na morderczej wobec nich wędce. Oczywiście, trudno się wyrzec denki nocnej i rosówki, żeby jednak zmniejszyć jej niszczące działanie, warto zdobyć się na pewne zmiany. W tym celu zachowując jej solidność (żyłka główna o średnicy 0,50 mm, przypon - 0,40 mm), używajmy bardzo dużych haczyków, a przede wszystkim zmieńmy przynętę: podawajmy sumom żywca, martwą rybkę, w ostateczności zaś pęczek rosówek. Wśród żywców na czoło wysuwa się ukleja lub jelec, które zbrojone pod płetewkę wyrywają się w górę, wzniecając „radarowy" niepokój w otoczeniu. Używając na przynętę rybki martwej, warto przypomnieć sobie uatrakcyjniające ją zabiegi, jakie stosowaliśmy podczas łowienia węgorzy. Nie przeoczmy także martwej żabki, kęsu zwierzęcej wątróbki, małża. Poza nimi za sumową arcyprzy-nętę uchodzi turkuć podjadek, zwany też popularnie niedźwiadkiem. Trudny do zdobycia, w lipcu dość często wypełza na powierzchnię ziemi. Według ludowego przekonania turkuć gryzie boleśnie i jadowicie, dlatego stosując go, trzeba zachować ostrożność. Wśród 11 medalowych sumów, zgłoszonych „Wiadomościom wędkarskim" w 1968 r., złowiono: na błystkę - 7 sztuk, na rosówkę - 1, na przynętę redakcji nie znaną - 3 sztuki. Oznacza to, że 64% trofeów przyniósł spining! Podobnie przedstawia się sprawa z notowaniami „Deutscher Angelsport", obejmującymi lata 1961-1972: na błystki i na woblery złowiono 25 ryb, na żywce - 8, na rosówki - 7, na nie znane redakcji przynęty - 12 ryb. Z obu źródeł wynika, że przed wszystkimi innymi sposobami łowienia (przynętami) na czoło wysuwają się sztuczne rybki, gdyż żywe rosówki, nawet w postaci wiązek, spisują się znacznie gorzej. Zastanawiający jest ten sukces metody rzutowej, znajduje on jednak proste wyjaśnienie: jest ona stosowana w dzień, w łowiskach typu „stanowisko dziennego przyczajenia", podczas gdy o tej porze inne metody łowienia sumów są zaniechane. W nocy zaś rządzi - nieskuteczna na duże, żerujące wysoko egzemplarze - denka, jakże często używana bez żywcowej przynęty. Gdyby jednak większość wędkarzy nastawiła się na łowienie sumów także w dzień, stosując również inne wędki niż rzutka (spining), i gdyby stosowała w nocy również inne wędki niż denka, mogłoby się okazać, że prymat rzutki i sztucznej przynęty nie jest bezwzględny i nie do prześcignięcia. Nawet zwykła denka z żywcem na haczyku, podawana pracowicie w rejon dziennych stanowisk sumów i świadomie często przesu- 8- Wędkarstwo rzeczne 225 Rys. 132. Wędrująca denka wymaga umiejętnego manewrowania szczy-tówką oraz wykorzystywania sity i kierunku prądu; ciężarek na niej powinien zaledwie wystarczać do zatopienia przynęty (pamiętajmy o tej wędce przy łowieniu również innych drapieżników) wana po dnie z myślą o przypadkowym zbliżeniu żywca do sjestującego drapieżnika (wędrująca denka) mogłaby się okazać wędką dobrą i lepszą od nocnej z rosówką (rys. 132). Z pater-nostrem poznaliśmy się w rozdziale o okoniu. Chcąc tę wędkę stosować na sumy, trzeba ją poważnie przebudować. W postaci udoskonalonej użyjemy jej w rejonie dziennych stanowisk drapieżnika w czasie jego sjesty i podczas przedburzowego niepokoju. Odpowiednio przystosowana odda również pożyteczną przysługę w nocy. Właśnie nadeszła godzina obiadu. Uwolnione od obowiązku wędki stały oparte o linki namiotu oraz o gruby konar wierzby i tylko jedna z nich tkwiła bezsensownie na skraju obrywistego brzegu, kłaniając się leciutko Narwi. Był to pater-noster postawiony w głębokim zakolu rzeki, na starym wyściełającym dno materacu. Ten dawał o sobie czasami znać złośliwymi zaczepami. Na końcu wędki w pobliżu dna pętała się na dwóch haczykach uklejka, już zupełnie niepotrzebnie fatygowana. W połowie obiadu ta pozostawiona wędka nagle pokłoniła się nisko i cicho, lecz z impetem, a zaraz potem kołowrotek zakrzyczał alarmująco. Jeden skok wędkarza od miski do wędziska, ostre zacięcie i przejęty półszept: jest coś wielkiego! To coś napierało na kij potężnie i prawie spokojnie, wyginało go jak wić i parło głębiną w dół rzeki. Pobladły wędkarz szedł za rybą brzegiem, hamował ją jak potrafił, ta zaś biła w wędzisko twardo, trzymała się dna, koliście cięła żyłką powierzchnię wody. Tak walczy sum! Ale oto w pewnej chwili nastąpiła zmiana akcji, bo ruch ustał: człowiek i ryba zatrzymali się w miejscu i tylko szczytówką szarpało potężnie. - Nie daje się ruszyć -stęknął ciężko pracujący wędkarz. Potem nastąpiło jeszcze kilka raptownych przygięć kija i napór zelżał. Pozostał tylko martwy sprzeciw zawady - ryba poszła z przyponem. Tego samego dnia zdarzyła się podobna historia, tyle że bardzo skrócona: po zgrzycie kołowrotka i zacięciu ryby nastąpiło parę mocnych, ale krótkich uderzeń w kij, wykonanych jakby z jednego punktu i... Pechowy wędkarz stracił następną potężną rybę, również poszła z przyponem. Bohaterką zaś obu wydarzeń była jedna i ta sama wędka - pater-noster wiązany z mocnych, dobrych żyłek. Oba wydarzenia można by skomen- Rys. 133. Sumowy pater-noster: A, i A2 - ciasno z miedzianego drutu zwinięta spirala umożliwia łatwe przenizywanie się żyłki, wolnej od przywiązywanego przyponu haczykowego; B,, B2 - systemik na żyłce (haczyk z uszkiem nanizany na żyłkę bocznika i ciasno omotany powinien z truaem dawać się przesuwać stosownie do długości żywca; systemik na przyponie metalowym musi mieć z konieczności stały rozstaw haczyków, pamiętajmy jednak o miękkim przegubie przy uszku pojedynczego, przedniego haczyka; C- przypon ciężarkowy ze słabszej żyłki łączymy z oczkiem spirali; K - koralik poślizgowy, Z - zderzak (długi kawałek rurki z plastyku przełknięty zatyczką - nie osłabia żyłki zgnieceniami, a jednocześnie usztywnia ramię bocznika; tować bardzo krótko: ironia losu, po prostu pech. Musiał jednak co do tego mieć poważne wątpliwości sam wędkarz, skoro głośno - sobie i światu - postawił pytanie. Dlaczego one poszły? Dlaczego się urwały? Niejeden wędkarz pytał podobnie, a nie znalazłszy odpowiedzi, złożył to na karb siły wyższej. My jednak zastanówmy się nad tymi dwiema klęskami, które zdarzyły się w czerwcu 1977. Zauważmy, że za każdym razem żyłka pękała w jednym miejscu - przy węźle bocznika połączonego z pętlą na żyłce głównej. Zauważmy, też, że katastrofy następowały w momentach jakiegoś wyjątkowo twardego zaparcia się ryby w jednym miejscu. Odrzućmy jednak hipotezę o przywarciu ryby do dna. Wędkę unieruchamiał po prostu ciężarek wczepiający się w szczątki starego materaca. Gdyby nie jego destrukcyjna rola, walka z rybą przedłużyłaby się, doprowadziła ją do zmęczenia i w końcu do zwycięstwa wędkarza. Czyżby na przeszkodzie do takiego finału stanęła tzw. złośliwość rzeczy martwych? Winnym swych klęsk jest sam wędkarz, który zbyt mocno i niezawodnie przywiązywał ciężarki. Gdyby wiązał je w sposób ułatwiający zerwanie wcześniej, zanim ryba zdołała zerwać przypon, sytuacja byłaby uratowana... I w taki oto sposób doszliśmy do programowych założeń pater-nostra udoskonalonego, pewniejszego w walce z grubą rybą. Wiemy więc, że powinniśmy zlikwidować jego słaby punkt w postaci węzła wiązanego na boczniku - przyponie oraz świadomie stworzyć taki słaby, a przecież pożądany punkt przy ciężarku. Z tego założenia wyniknął wariant pater-nostra sumowego prezentowany na rysunku 133. Bocznik jest w nim wykonany z żyłki głównej, ciężarek natomiast - przeznaczony na ewentualną stratę - zawiązany na żyłce cieńszej. Długość bocznika oraz długość ramienia z ciężarkiem reguluje wędkarz w miarę potrzeby: w dzień podaje żywca bliżej dna, w nocy umieszcza go wyżej. Mówi się tu o żywcu, albowiem pater-noster wyposażamy przeważnie w żywą rybkę przynętową; zakładamy ją na systemik z dwóch pojedynczych haczyków. Licząc się z możliwością wzięcia przynęty przez największe okazy lub przez zębate szczupaki, możemy zaopatrzyć bocznik w metalowy przypon i w takich razach uzbroimy żywca kotwiczką pod płetwą grzbietową, a pojedynczym haczykiem za pyszczek. Stawiamy pater-noster w łowisku przy dość stromym rozpięciu żyłki głównej, pamiętając, że żywiec powinien unosić się nad dnem, a nie zlegać na nim. Sumową przystawką spławikową można obławiać prze-pływankowo sumowe odmęty, można też stawiać w roli nocnej przystawki na obszarze przypowierzchniowych żerowisk lub w innych rejonach łowieckich suma: pod krzakami, przy stromych spadach bocznych, na trasach. Jej konstrukcja jest oczywista, to po prostu szczupakówka obliczona na większe sztuki. Zasługuje ona na stanowczo częstsze stosowanie, jeśli rzeczywiście chcemy łowić okazy. Na przystawce spławikowej stosujemy w roli przynęty żywe, ruchliwe rybki, które niespokojnym zachowaniem się informują drapieżników o swej obecności: ukleje, jelce, karaski, krąpie, także kózki lub miętuski. W ich miejsce możemy również użyć przynęty martwej, lecz ponętnej przez woń i smak: martwej rybki, kawałka wątróbki, żabki, pęczka rosówek, turkucia. Łowiąc w nocy, pamiętajmy o czujności sumów, które dostrajają bardzo czule swe systemy rozpoznania świata, świata o tej porze z natury wyciszonego, a więc i łatwo przenoszącego dźwięki, sygnały i ostrzeżenia. Sum nie ceregieli się z przynętą. Chwyta ją gwałtownie i z miejsca połyka, czemu sprzyja odruch natychmiastowego przełykania wszystkiego, czego dotknęło podniebienie. Została opisana też jego taktyka walki: trzyma się z wszystkich sił dna i kołuje. Parcie w głąb zahaczonego drapieżcy należy wykorzystać przy podbieraniu go siatką. Mianowicie, jeżeli zdołamy na moment podprowadzić rybę z dna bliżej powierzchni wody i podsuniemy jej podbierak pod łeb, a zaraz potem zwolnimy z nagła żyłkę, to ryba niezawodnie da pionowo nurka prosto w siatkę, która przy normalnym podbieraniu mogłaby się okazać za mała. Wyjątkowo duże ryby trzeba wpierw dobrze zmęczyć, zanim zaczniemy je podbierać chwytem sumowym, tj. wsuwając dłoń pod płytę pokrywy skrzelowej.
Sumik karłowaty - chybiony import
Sumik karłowaty {Amiurus nebulosus ), zwany też sumikiem amerykańskim, jest tylko dalekim krewnym suma europejskiego, gdyż nie należy on do rodziny sumowatych, lecz sumikowatych (rys. 134). Wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie łatwo osiąga wagę nawet 2 kg. Według informacji FAO wyhodowano go tam w samym tylko roku 1968 - z myślą o bezpośrednim spożyciu oraz potrzebach wędkarstwa - około 16 milionów kilogramów. Importowany do Europy na teren ziemi szczecińskiej, w końcu XIX wieku, nie spełnił nadziei;, stał się nawet plagą przez swoją karłowatość i nieokiełznany rozród, a także przez konkurencyjność pokarmową i szkodnictwo wobec innych gatunków (pożera ikrę). Wolno rosnąc z wielkim trudem osiąga w naszym klimacie wagę 200 g i długość 24 cm. Polski rekord w tym gatunku sygnalizuje możliwość złowienia sztuk większych; wynosi on 45 cm przy 1,25 kg wagi i ustanowiony został przez K. Rodziewicza w 1969 r., bodaj w którejś z rzek Podlasia. W tym też regionie (Krzna, kanał Wieprz-Krzna), a także na Mazowszu (Pilica) oraz w południowej Wielkopolsce (dorzecze Warty) sumik występuje najliczniej. W świetle powyższych informacji ten nieudany import zasługuje na wyłapywanie różnymi środkami, w tym i wędkami - lekkimi przepływan-kami okoniowo-jazgarzowymi z kawałkiem robaka, mięsa albo larwy owada na haczyku. Należy umieć odróżniać sumika amerykańskiego od Rys. 134. Sumik karłowaty zwany też amerykańskim; w odróżnieniu od suma europejskiego ma więcej wąsów, okazałą płetwę grzbietową z twardym, ząbkowanym promieniem, brakuje mu długiej wstęgi płetwy odbytowej... (ma też płetwę tłuszczową, jak pstrąg) małego suma europejskiego, choćby na podstawie 8 wąsów, innego pokroju płetw, kolców w płetwach piersiowych oraz tzw. płetwy tłuszczowej.