Gdy lato przechodzi w jesień
Według klimatologów lato właściwe zaczyna się 16 VII, a kończy już 20 VIII - trwa zatem 35 dni; ostatnia dekada sierpnia i połowa września to już wczesna jesień. Mimo że sierpniowe upały przypominają znój lipca, to przecież zaczął się już schyłek ciepłej pory roku. Uderza nas szybkie skracanie się dnia: między wieczorną a poranną zasiadką można się dobrze wyspać. Noce w sierpniu, jeśli są jasne, roją się od spadających
gwiazd, ale wymagają ciepłego przyodziewku; ranki wstają w chłodnych mgłach. Długość nocy i dnia jest mniej więcej taka sama jak w kwietniu.
W połowie sierpnia kończą się definitywnie żniwa, w polu pozostają tylko uprawy okopowe. Nim przyjdzie na nie czas, na nadrzecznych łąkach trwają drugie sianokosy. W ogrodach skończyły się wiśnie, zaczynają wczesne jabłka i gruszki. Czarny bez lekarski uzasadnia nazwę czernią swych jagód, a jarzębina krwiście się płoni. Ptaki sygnalizują swą obecność, ale nie śpiewają. W tym czasie w rzece zachodzą ważne zmiany: osiągnąwszy w połowie lipca stan cieplnej kulminacji, woda w rzece zaczyna stygnąć. W ciągu sierpnia jej temperatura spada średnio o 3°C (z 20 do 17). Jeżeli ten spadek przebiega łagodnie, wędkarz nie odczuje go negatywnie, gdyż o sierpniu można powiedzieć, że jest miesiącem kompromisu: sprzyja zarówno gatunkom ciepłolubnym, jak i skłaniającym się ku chłodniejszym wodom.
Sierpień to często czas drugiego łowieckiego szczytu, który spotęgowany przeczuciem zimy przeciągnie się na wrzesień, a w stosunku do niektórych gatunków pójdzie nawet dalej. Wczesną jesienią, tj. między sierpniem i wrześniem, odzywa się stare prawo natury. Nakazuje ono -jak przed tarłem - przyśpieszyć żerowanie, wykorzystać wszystkie sprzyjające okoliczności do zgromadzenia w organizmie energetycznych zapasów na czas zimy, a także do wcześniejszego rozbudowania gonad! Niemniej jednak, w miarę jak oziębia się woda, wykruszają się z żerowisk gatunki ciepłolubne: węgorze, sumy i inne; na wigorze zyskują bolenie i szczupaki. Zauważmy, że w ciągu września woda w rzece obniża swą temperaturę o dalszych 5°C, a więc osiąga około 12°C. Mało!
Nieobojętni na otaczający nas świat, obserwujemy wrześniowe zmiany nad rzeką i wokół niej: jesień rozpyla róże i fiolety, brzozy zaczynają gorąco złocić korony. Na początku miesiąca zabrakło nagle na łąkach bocianów, a któregoś dnia obrywisty brzeg rzeki, przy którym roiło się od brzegówek, nagle opustoszał. Wypełniła go cisza. Nie wiadomo też, kiedy zniknęły czarne rybitwy. Tylko przybyło biegusów na plaży, błąkają się młode mewy, ciągną klucze gęsi, na rzece siadają chmary dzikich kaczek... Nim jednak wszystko to się dokona i zapanuje pełna jesień, my ciągle żyjemy początkiem sierpnia: w czasie nam przyjaznym, w miesiącu dobrych łowów - już głównie dziennych, a coraz rzadziej nocnych.
Boleń, czyli łosoś dla ubogich
Tak nazwany i scharakteryzowany został boleń w jednej z publikacji w polskim miesięczniku. W tym określeniu kryje się zarówno pochwała - bo łosoś, jak i przygana - bo plebejski, prawie z taniej jatki. My skłonni jesteśmy nieco obniżyć ton pochwały, podnieść zaś jego klasę w drugiej części określenia. Chociaż jest dla wędkarza rybą trudną, wymagającą łowieckiej klasy, to przecież zawsze łatwiej o niego, niż o autentycznego łososia. Natomiast złowiony w drugiej połowie lata w dobrze wyrośniętej postaci nie może być wprawdzie uznany za rarytas, ale za przyzwoitą potrawę na pewno. Bolenia - inaczej rapę (wędkarze z NRD zwą go też łososiem odrzańskim) - zna prawie każdy wędkarz, tyle że przeważnie z nazwy lub opisu; rzadziej z natury, zupełnie zaś sporadycznie z własnego łowieckiego kontaktu z nim. Najczęściej oglądamy bolenie w akcji: jeszcze woda w rzece jest po wiosennemu mętna, a one już biją w ukleje. Tak będzie przez wszystkie miesiące, w których uklejki żerują pod lustrem wody. Dziewięć pobić z dziesięciu obserwowanych w rzece, to sprawka tego wyrodka z rodziny karpiowatych; wyrodka, gdyż odszedłszy od obyczajów rodu, przestawił się wyłącznie na drapieżnictwo. Wizerunek gatunku. Boleń {Aspius aspius L.) jest znany w Europie dość szeroko, głównie w środkowych i wschodnich częściach kontynentu. Dla wędkarzy Danii, Francji, Szwajcarii i krajów śródziemnomorskich stanowi rybę wręcz egzotyczną. Wysmukły, srebrzysty o zielonkawym grzbiecie ucieleśnia typ ryby zdecydowanie rzecznej. Jeżeli występuje w jeziorach, to tylko w zaporowych lub przepływowych, leżących na trasie rzeki odpowiadającej jego wymaganiom. Te zaś w pierwszym rzędzie dotyczą czystości wody płynącej żywo nad twardym dnem. Nad takim właśnie dnem i w takiej wodzie odbywa tarło dość wczesną wiosną, w Rys. 163. Naturę bolenia wyraża dosadnie rozwarcie jego pyska temperaturze wody 9-12°C (grupa spod znaku czarnej olchy i kaczeńca), po wyklarowaniu się rzeki. Ze względu na wysokie zapotrzebowanie na tlen i warunki rozrodu przebywa boleń w wyższym biegu rzeki, natomiast z powodu specjalizacji żerowej należy do krain niższych, bardziej sprzyjających adorowanej ofierze - uklei. Pierwsze spojrzenie na tę rybę narzuca wrażenie, że mamy do czynienia z wielką, bystrooką ukleją (rys. 162). Bo też ma boleń kształt ryby zdecydowanie powierzchniowej, z nieco ponad normę wypukłym grzbietem, oraz typową dla uklei drapieżność wyrazu pyska. Nie znajdujemy jednak w nim - pysku wyraźnie górnym - właściwych drapieżnikom zębów (rys. 163). Zastępują je typowe dla karpiowatych tzw. zęby gardłowe, za pomocą których potrafi dosłownie zemleć pożeraną ofiarę. Rys. 162. Boleń - zdecydowany wyrodek , śród karpiowatych Upłetwienie i silny trzon ogonowy wskazują na wysokie, godne swej małej krewniaczki - uklei - talenty pływackie, podpowierzchniowe zaś bytowanie i żerowanie, mniej bezpieczne od żerowania przy dnie, powoduje że przebywa w wodach przynajmniej w miarę rozległych i głębokich -toniowych. Nie boi się silnych nurtów, toteż spotkamy go na obrzeżach prądowych kociołków i zakoli, za przykosami i główkami. Szczególnie upodobał sobie płaskie czasze prądowe powstające za zwężeniami nurtu lub rzeki. Jego rewiry przebywania treściwie opisuje Vostradovsky: „Trzyma się zwłaszcza w pobliżu mostów, dopływów, jazów, w głębszych prądach i zakolach, w miejscach połączeń ze starorzeczami". Uogólniając opisy lokalizacji powiedzmy, że bolenie gromadzą się tam, gdzie gromadzą się ukleje. Zresztą, odkrycie ich żerowych rewirów sprawia wędkarzowi mniej kłopotów, niż w przypadku innych ryb: bolenie po prostu demaskują się łomotem, który sprawiają na powierzchni rzeki, ujawniają je wachlarze pryskających uklei. Obserwując ataki bezzębnego drapieżnika łatwo zauważyć, że poszczególne sztuki trzymają się własnych rejonów oraz tras łowieckich. Dlatego przygotowując się do wyprawy na bolenie, trzeba wpierw rejony te rozpoznać. Jest to warunek powodzenia! Spokojne zachowanie się wędkarza i obserwacja z przyczajenia pozwalają oglądać rybe. jak rzadko którą inną. Wystarczy jednak niespokojny ruch obserwatora, zeby ryba zniknęła w toni. Ta czujność uzbrojonego w świetny wzrok drapieżnika sprawia, że pod względem łowieckim należy on do ryb najtrudniejszych. Nie zwabi się go do łowiska zanętą; trzeba umieć umiejętnie zapolować. A jest na co. Dużych okazów boleni żyje jeszcze w naszych rzekach sporo. Rekord Polski w gatunku wynosi aż 7,12 kg i 89 cm (od 1970 r. należy do W. Chmielowskiego). Mają się jednak trafiać i okazy dochodzące do 10 kg. Jest to ryba wdzięczna z innych jeszcze powodów: łatwo się mnoży i szybko rośnie, osiągając w 4 roku życia masę 1 kg przy 45 cm długości. Menu dorosłego bolenia jest wybitnie monotonne: 98% - rybki, przeważnie uklejki, 2% - żabki. Największe ofiary drapieżnika osiągają 30% jego własnej długości, tzn. bywają zaskakująco okazałe. Ważne dopełnienie żeru stanowią owady. Kiedy aktywnie żeruje? Bardziej ku północy zbliżone rozmieszczenie geograficzne gatunku sugeruje jego chłodolubność. Z tego zaś wynika, że w ciągu roku powinny istnieć dwa okresy szczególnie aktywnego żeru i odpowiadające im sezony łowieckie: wiosenny oraz - oddzielony od niego latem - jesienny. Prowadząc „przewód prawdy obiektywnej" znajdujemy piękny argument w literaturze pięknej. Dostarcza go nam J. Putrament, opisujący swoje liczne wędkarskie spotkania z boleniem, odbywające się wczesną wiosną. Urzeczeni wdziękiem opowiadań pisarza oraz przekonani o jego łowieckiej kompetencji, sięgamy wiosną po książkę „Balet boleni", wędkę pozostawiając narazie w spokoju. Z wiadomych bowiem przyczyn wstrzymujemy się złowieniem ryb przed tarłem Tabela 20. Boleniowe żniwa przypadają na drugą część ciepłej pory roku, nie przeoczmy jednak czerwca BOLEŃ Sezony łowieckie IV V VI vn vm LX X Xl Kalendarze wędkarskie W, ) J. Wyganowski C. Grudniewski m F. Fabian Wykres (okazy medalowe) Temperatura optymalna (12-18°) m WĄ w/////, Sezony zalecane (przy średnich temperaturach ) W//, '■'r.. W, m Liczba ztowień 7967; ■1979 IV V VI VII VIII IX X XI i w czasie jego trwania. Natomiast weryfikując sugestię, poddającą myśl o chłodolubności gatunku wraz z wynikającym stąd przypuszczeniem o dwu sezonach, zestawiamy w tabeli 20 wypowiedzi autorytetów oraz godnych uwagi żródet. W interesującej nas kwestii prezentują one niezbyt budującą zgodę. Jeżeli jednak wynik oparty na założeniu, że temperatura optymalna gatunku lokuje się gdzieś w okolicach 16°C (14-18°, a może nawet 12-18°C), porównamy z wymową wykresu obrazującego złowienia medalowe (rys. 164), tp ich prawie jednomyślność wolno nam uznać za poprawną odpowiedź na pytanie o boleniowe sezony łowieckie. Godziny żerowania wskaże najlepiej sam drapieżnik. Przeważnie ataki na ukleje zaczynają się już o wschodzie słońca, potem mają swą kulminację w środku dnia, żeby znów wybuchnąć późnym popołudniem. Cisza na powierzchni wody nie zawsze świadczy o bierności żerowej boleni. Wędkarzowi przeważnie sprzyja pogoda słoneczna z ciepłym wietrzykiem. Zagadki skutecznego łowienia. Musiało upłynąć wiele, wiele lat pozostawania na ,,ty" z rzeką, rybami i wędkami, żeby boleń przestał być w końcu legendą. Długie lata oczekiwania nie były chudymi pod każdym względem. W dyspozycji pozostawały tak mocne atuty, jak: dostęp do wprost zaboleniowanych wód (np. zaporowe jezioro Pierzchalskie na Pasłęce), niezły sprzęt oraz cenne wskazówki literatury wędkarskiej. Brak ryby nie był więc następstwem pustki w wodach, lecz warsztatowych nieumiejętności wędkarza; klęską kończyły się wszystkie próby złowienia tej ryby zgodnie z pouczeniami niekwestionowanych autorytetów. Przełom nastąpił w rezultacie zetknięcia się z doświadczeniem starych praktyków. Dzisiaj boleń w dalszym ciągu jest rybą trudną, ale przecież - w głębokim przekonaniu autora - dostępną dla każdego wędkarza, który traktuje go z łowiecką pasją i dysponuje elementarną wiedzą o rzece i rybach. Jeśli zaś idzie o metody skutecznego łowienia i odpowiadające im wędki to można ich wymienić kilka. Szeregujemy je tu według malejącego stopnia łowności: przystawka powierzchniowa z żywcem, bez spławika, błystki i inne przynęty ciągnione, sztuczna mucha, w tym białe pióro kacze, boleniowy pater-noster. Przystawka powierzchniowa z żywcem bez spławika jest wędką najwyższej niezawodności. W literaturze spotyka się opis jej wariantu spławikowego, przy czym spławik należy jakoby wykonywać z kawałka trzciny, patyka - z wszystkiego co wygląda naturalnie, co nie płoszy. W praktyce wielokrotnie okazywało się, że nawet taki spławik bolenia nie zwiedzie i z reguły przekreśla szanse. Przystawka przedstawiona na rysunku 165 ma najprostszą postać ze wszystkich tego typu wędek, składa się bowiem (poza wędziskiem z kołowrotkiem) z samej żyłki zakończonej dość dużym haczykiem grochowym, a nawet nieco większym - pojedynczym, w kolorze złotym lub srebrnym. Żyłka o średnicy do 0,30 mm wypuszczona na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt (ponad 20) metrów z kołowrotka o nieruchomej szpuli nie powinna tonąć, gdy położymy ją na wodzie. Dlatego należy ją, po wcześniejszym przesuszeniu, przetrzeć cieniutko tłuszczem do muchowych sznurów. Na haczyk nakładamy żywą, dobrej kondycji ukleję, zbrojąc ją pod grzbietową płetwę, możliwie daleko z tyłu. Taką przynętę wypuszczamy na żyłce w rewir łowiecki upatrzonego bolenia, hałasującego właśnie za przykosą lub w zakolu rzeki. Powiedziano tu „upatrzonego", albowiem jest to właśnie polowanie na konkretną, wybraną rybę. Stawianie przystawki w miejscu przypadkowym tylko przypadkowy może przynieść rezultat. Zalecając stosowanie opisanej wędki wręcz sprzeciwiamy się autorowi książki „Ryby i przynęty", który pisze: „Żywą rybkę (uklejeczkę) założono na maleńki haczyk i cieniutką żyłkę bez żadnego obciążenia i puszczono luzem między stado uklei, gdzie żerowały bolenie. Drapieżniki biły wielokrotnie w stado, rozpraszające się przy każdym ataku. Ukleja na haczyku pozostawała zawsze samotnie i nie była atakowana przez bolenie". Interesujące rozejście się doświadczeń! A jednak proponowana tu wędka, wbrew temu co pisze Vostradovsky, jest bardzo skuteczna i może nawet przyczyniać wędkarzowi pewnego niezadowolenia z siebie, gdy jedno z zakoli rzeki staje się nagle ciche, prawie martwe, gdyż awanturnik znalazł się w sadzu. Na czym polega ponętność boleniowej przystawki? Otóż zaczepiona pod płetwą grzbietową dość solidnym haczykiem żywcowa rybka, zgodnie ze swą gatunkową skłonnością, nie nurkuje. Ona pływa po samej powierzchni boleniowego rewiru, a trzepocącymi ruchami nieustannie porusza wodę, powoduje zaistnienie w niej drgań. Ten niepokój prawdopodobnie pobudza pasję łowiecką drapieżnika i prowokuje do ataku. Nie wzbudza jej zapewne uklejka użyta w doświadczeniu Vostradovsky'ego, gdyż może była za mała, może niewystarczająco obciążona znacznym haczykiem i na nieodpowiedniej żyłce? Wędkarz, łowiący na boleniową przystawkę, musi pozostawać w dużym oddaleniu od przynęty, odejść parę metrów od wędziska albo ukryć się w wiklinach. Puszczoną ze sprzyjającym prądem uklejkę widać z daleka, gdyż srebrzy się wyraziście i wznieca „motylka" - drobne, gęste zafalowania, rozchodzące się koncentrycznie. Atak bolenia i pochwycenie rybki w ustawieniu do połknięcia następuje tuż pod powierzchnią wody, co wędkarz z wielką emocją obserwuje. Potem drapieżnik odchodzi ze zdobyczą w głąb i zgryzając ją, oddala się. Przynętę bierze klasycznie -od łebka. Jeżeli żywiec jest spory, należy dać drapieżnikowi trochę czasu i zacinać go dopiero po 12-15 sekundach. Szczęśliwie zacięty, walczy dzielnie, daje wiele łowieckiej satysfakcji. Przeciwnikiem wędkarza łowiącego na tę wędkę są nie sprzyjające mu prądy, tonąca żyłka oraz białe rybitwy, które trzepocącego się żywca mają zwyczaj traktować jako łatwą zdobycz. Niekiedy zdarza się, że arcyostrożny boleń, młodzik raczej, zaczyna atakować spławik, ale pod warunkiem, że jest on biały. Takie zachowanie się ryby może naprowadzić nas na myśl o zastosowaniu zbliżonych do spławika przynęt. Stosowane są one od dawna. W najbardziej wyrafinowanej postaci są nimi sztuczne muchy (w wersji ludowo-rodzimej -białe pióro kacze) przypominające sporą ćmę lub motyla, impregnowane aerozolem lub płynem, w którego skład wchodzi olej silikonowy i eter lub benzyna ekstrakcyjna. Metoda muchowa, a z nią i wstydliwy protoplasta arystokratycznych much - białe pióro ptaków wodnych, nie należy jednak do przedmiotu tej książki, dlatego traktujemy ją wspominkowe Podejmując jednak próby łowienia „białorybu", jak bywają niekiedy zwane bolenie, warto mieć na uwadze, że obok bieli ich ulubionym kolorem jest czerwień. Stąd muchy białoskrzydłe o czerwonych odwłokach uważane są za najbardziej łowne. O atrakcyjności obu barw będziemy pamiętać sięgając po przynęty ciągnione - błystki i inne. W niektórych sytuacjach łowiskowych (za główką, za przykosą) może wykazać się skutecznością również znany nam pater-noster, pod warunkiem, że zmontujemy go z cienkich żyłek (0,25 mm), że prawie pionowo ustawimy żyłkę główną, a długi (około 1 m) przypon bocznikowy umieścimy wysoko nad dnem. Za żywca służy mała uklejeczka lub jelczyk na dwóch haczykach. Poza tym wędzisko trzeba ustawić wysoko nad wodą. Mankament tej metody polega na tym, że daje się stosować w miejscach z reguły pozbawionych ukryć. Natomiast przybrzeżne rewiry łowieckie boleni z zasady znajdują się pod czystymi burtami wolnymi od zarośli, za łysymi tamami lub choćby przy ławicach piasku. W tym również przejawia się przezorność „łososia dla ubogich".
Brzana - mamuci kiełb
Nie wiadomo, czy nazwę tej ryby należy wywodzić z prazródłosłowia, z którego wyniknął ciąg wyrazowy: barbena, barwena, tj. istota brodata i wąsata, czy z prasłowiańskiego rdzenia wyrazowego, oznaczającego dzielność i bystrość? Darujmy jednak sobie etymologiczne dochodzenia, zauważmy tylko, że oba wywody doskonale się potwierdzają: ma ona coś w rodzaju wąsów, wąsów raczej kiełbiowych niż sumowych, oraz jest bystra i dzielna. Do dzisiaj jednak jej wiekowa nazwa nie jest żywa wśród rdzennych wodniaków. Brzana z Wisły bywa zwana po prostu kiełbiem morskim, wiślanym - z Narwi lub Bugu, bużnym - jeśli została złowiona w Nurcu. Mówiło się też na nią „śliz". Wizerunek gatunku. Brzana (Barbus barbus L.) należy do rodziny karpiowatych. Żyje w środkowej Europie. Nie występuje natomiast w krajach skandynawskich, Irlandii oraz w rzekach basenu Morza Śródziemnego. Jest to gatunek rzeczny, wybitnie prądolubny. W rzekach ma swą autonomiczną krainą. Bliższych danych o jej rozmieszczeniu w polskich rzekach uzyska Czytelnik z zestawienia zamieszczonego w wędkarskim miesięczniku („Wiadomości wędkarskie" 7,8/78). Wynika z niego, że spośród medalowych okazów omawianego gatunku złowiono: w Warcie - 16, Wiśle i Drawie - po 11, Gwdzie - 10, Drwęcy - 10, Dunajcu i Wisłoku - po 7, Pilicy i Nidzie - po 5, Narwi - 4, Noteci, Obrze, Łynie, Wisłoce - po 2, Sanie - 1. Przynależność siedliskową brzany można odczytać z kształtu ciała: ma w sobie wszystkie cechy gatunku z niskich (płytkich) przepływów, z bystrych wód, ze strefy dna. Ujrzawszy ją łatwo zrozumieć, dlaczego bywa nazywana kiełbiem (rys. 160). Przypomina go pokrojem ciała: płaski brzuch, niskie wygrzbiecenie, prawie okrągły przekrój poprzeczny oraz piaskowoszare ubarwienie grzbietu, pozbawionego jednak cętek. Bardzo kiełbiowy jest jej pysk - wybitnie dolny, wyposażony w cztery mięsiste wyrostki (znak żerowania dennego) i okolony grubą, szorstką i twardą wargą. Taki pysk nie służy do zeskrobywania z twardego podłoża delikatnych glonów; za jego pomocą ryba potrafi przewracać małe otoczaki, poszukując ukrytych pod nimi drobnych zwierząt. Z twardością warg musi się liczyć wędkarz tak, jak z siłą ryby: trudno w nie wbić haczyk, jeżeli nie jest bardzo ostry. Kiedy już jednak ryba zostanie zacięta, haczyk prędzej złamie się lub wyprostuje, niż wysunie się z zakłucia. Mając więc brzanę na wędce, można i należy zupełnie spokojnie skupić całą uwagę na walce. Ryba to bowiem wyjątkowo silna, sprężysta, dynamiczna i wytrwała - zderzenie z nią to istny bój. Jest też ona chyba najsilniejsza w polskich rzekach i wraz z karpiami rwie najwięcej wędek. Brzana osiąga znakomite wymiary; chociaż rośnie wolno, ale może dochodzić i do 8 kg (Vostradovsky). Złowiona w 1976 r. rekordowa brzana ważyła 6,45 kg, miała długość 91 cm, a zdobywcą jej został S. Majewski. Mniejsze ryby, łowne, też przecież dają dużo satysfakcji, zwłaszcza kiedy łowimy je na stosowne wędki. Wypada też wyznaczyć klasę kulinarną ryby: jest smaczna, ale oścista. A może inaczej? Oścista, ale smaczna. Kiedy brzany najchętniej żerują? We własnej krainie biorą przynętę z różnym natężeniem prawie przez cały rok, kiedy jednak chcemy poznać i wskazać okresy ich żeru najczynniejszego, napotykamy na dość zwykłą trudność: nie znamy optymalnej temperatury gatunku. Pozostaje więc domyślać się, że pilny żer brzan zaczyna się gdzieś na poziomie temperatury tarła, a więc koło 14°C. Mając zaś na uwadze mierną temperaturę wody w ich krainie, dopuszczamy, że zakres cieplny najlepszych łowów tych ryb mieści się w granicach 15-17°C. Czy wniosek jest słuszny? Z tabeli 19 wynika, że nie jest on zgodny ze stanowiskiem Wygano-wskiego oraz ze wskazaniami wędkarskich kalendarzy. Do końca zaś kwestionuje go wykres złowień okazów medalowych (rys. 161). Jednomyślność opozycyjnych stanowisk każe poddać w wątpliwość i krytycznie zbadać własne stanowisko. Jeżeli kryje się w nim błąd, to polegać on może na przyjęciu zbyt niskiego poziomu temperatur optymalnych. Może więc lepiej założyć, że górna granica pokarmowej aktywności zbliża się do 20°C. Taka poprawka pięknie godziłaby stanowiska. Czy jednak nie Tabela 19. Wobec różnych opinii o brzanie warto zawierzyć wykresowi na rysunku 161 oraz temperaturze optymalnej około 20°C wyniknie stąd, że brzana należy do ryb ciepłolubnych? Dość trudno zgodzić się z przypuszczeniem prawie równającym rybę należącą do chłodnawej krainy z karpiem lub leszczem. Trzeba jednak przyjąć za prawdę, iż 20°C (nie więcej) to specjalnie sprzyjający brzanie poziom termiczny rzeki. Tym bardziej, że w jej rzekach, z natury chłodniejszych od rzek leszcza, poziom 20°C zbliżony jest do cieplnego szczytu, wyznaczającego także właściwy im szczyt aktywności biologicznej. Czy nie powtarza się więc sytuacja, z którą zetknęliśmy się w czasie rozmowy o kleniu? Brzana naturalnie dobrze żeruje i w temperaturach niższych, ale-zauważmy-w maju i na początku czerwca, kiedy to według pierwszego założenia (tj. 15-17°C) miałby przypadać wiosenny sezon łowczy, nie będzie ona przejawiać większego zainteresowania przynętami, gdyż w tym czasie odbywa tarło. W rezultacie do dyspozycji łowcy brzan (poza okresem przedtarlanym, z którego rezygnuje) pozostaje przyjazne jego oczekiwaniom lato oraz jesień aż po październik włącznie. Podczas dobrego żerowania brzana bierze przynętę w dzień i w nocy. Aby zrozumieć jej sytuację pokarmową, trzeba sobie uświadomić, że jako ryba rosła i dynamiczna wymaga sporo pokarmu, jako zaś mieszkanka mniej żyznych, wymiatanych przez prąd obszarów dna rzeki, nie może być pod względem pokarmowym zbyt wybredna. Przypomina to nieco sytuację klenia, tyle że jest on bardziej wielostronny w staraniach o pokarm. Brzana natomiast należy do oraczy dna kamienistego, a przynajmniej twardego. Stąd też jej żerowe starania znamionuje żmudność, długotrwałość i pewna ruchliwość: w godzinach sycenia głodu przesuwa się gro- Liczba ztowień IV V VI Vii VIII IX X XI Rys. 161. Wykres złowień okazów medalowych wyraźnie umiejscawia brzanowy sezon w samym środku lata madkami pod prąd według wybranych tras, o zmroku i w nocy odwiedza strefę brzegową, w dzień przebywa w nurcie. Nie obawia się światła, aktywnie wykorzystuje godziny dnia do nasycenia się. W jej rytmie żerowym można zauważyć następujące okresy pilności: 1 - przedświt i godzina wschodu, 2 - wczesny ranek - 7.00-9.00, 3 - środek dnia, 4 -wieczór po godzinie 18, 5 - noc do północy - głównie w środku lata i po doraźnych przyborkach. Pod jesień godziny żeru koncentrują się około południa. Wydaje się, że brzany, jak wiele innych gatunków karpiowatych, również lubią jasną, lecz nie przejaskrawioną słońcem pogodę i godziny o wyrównanym naświetleniu wody. Nie gardzą przynętą w dni przelotnych ciepłych deszczów i typowo na nie reagują. Jak zwykle, warunkiem pomyślnego łowienia jest ustabilizowana temperatura wody po ciepłych, pochmurnych nocach, w ciągu umiarkowanie pogodnych dni. Apetyt ryb podnieca niewielki przybór rzeki, któremu towarzyszy lekkie zmącenie wody. Brzana upodobnia się w tym do kiełbia. Łowiska i wędki, zanęty i przynęty. Szukając siedlisk ryby staramy się przede wszystkim odkryć denne żwirowiska i ławice otoczaków. Często wskaże je nam spławianie się brzan; bardzo charakterystyczne, gdyż furkotliwe, z ujawnieniem się całej ryby nad wodą. Ważną wskazówką będzie też obserwacja prędkości prądu, oglądnięcie materiału, którym wysłane jest koryto przy samym brzegu, w końcu ostukanie dna gruntomierzem. Zadowalamy się również obecnością płyt zbitych iłów i gliny, które w czystych rzekach obfitują w ryjące jętki - wielki przysmak brzan. Poza tym spotykamy brzany w wysłanych grubym piaskiem i żwirkiem głębokich rynnach i w samym korycie, za podwodnymi progami i na bystrych przedprożach, na spadach dna, na skrajach burzliwych dołów śródrzecznych i za nimi, w wartkich strugach za główkami, przy głazach, bryłach itd. W godzinach gęstniejącego zmroku, nocy i świtu, a także zawsze podczas przyborków szukać należy ryb na spadach bocznych nurtu w strefie brzegu, na obrzeżu przygłówkowych dołków, za cyplami z iłu i brył, w półzaciszach małych, lecz głębszych wnęk brzegowych lub za wędkarskimi tamkami. Głównymi wędkami brzanowymi są ciężkie przepływanki nurtowe, wzmocnione przepływanki prądowe oraz ciężkie denki i takie przystawki. Mimo że brzany należą do ryb wyjątkowo bojowych, do przesądu trzeba zaliczyć potrzebę stosowania przeciwko nim żyłek grubszych w przypo-nie niż 0,30 mm, a w żyłce głównej 0,40 mm (jeśli, oczywiście, nie usiłujemy zdobyć tych ryb za pomocą denek z funtowymi ciężarkami zarzucanymi w rzekę techniką zbliżoną do miotania młotem. Łowiąc ryby w trudniejszych warunkach dennych, warto wiązać ciężarek denki na krótkim przyponie ze słabszej żyłki niż żyłka główna i przypon. Pamiętając o dużej twardości pyska brzany, stosujemy haczyki bardzo ostre, często też sprawdzamy ich ostrość (szczególnie podczas łowienia na kamienistym dnie). Używamy haczyków wykonanych tylko z dobrego materiału, nie miękkich i nie kruchych. Łowiąc na przepływankę lub przystawkę w silnym prądzie głębokich nurtów i dołów nie obawiajmy się stosować spławików i obciążeń większych niż zwykłe: muszą one nieodwołalnie, wbrew sile wody, utrzymywać przynętę przy samym dnie i sygnalizować wędkarzowi brania. W cięższych wędkach-przystawkach rezygnujemy ze spławika, a zaopatrujemy je w ciężarek przelotowy. Należy tu powiedzieć, że brzana, mimo swej siły, nie chwyta przynęty w sposób chciwy i gwałtowny. Bierze ją raczej w miejscu, energicznie jak kiełb. Branie sygnalizuje przeto szarpanym przytapianiem spławika przystawki (spławik przepływanki daje po prostu nurka) lub serią drgań szczytówki. Dopiero po chwili wędkarz otrzymuje mocny sygnał. Zacinać należy zdecydowanie, z pewną siłą. Brzany znęcamy w łowisko i przyzwyczajamy do niego za pomocą zanętowych kul, rzadziej (przy brzegu) rzucając karmę wprost w łowisko, bez dodatku gliny. W powszechnej praktyce wędkarskiej w roli zanęty występują głównie pokarmy roślinno-ziarniste: groch, pszenica, kasze. Równie jednak dobrze zamiast nich lub razem z nimi mogą być użyte zanęty zwierzęce: dżdżownice, białe robaczki, stężała krew, krojone jelita drobiu, cięte larwy minoga lub małe rybki (np. kózki). Nęcąc brzany pamiętajmy o ich wyczuleniu na zapachy i smaki, które jest właściwe rybom dennym z ubogich pod. względem pokarmowym przepływów. Nie od rzeczy więc będzie stosowanie przez najpilniejszych wędkarzy naturalnych, znanych już dodatków smakowo-zapachowych (obok nich wspomniana krew, puree grochowe, tarty żółty ser). Zanęty zwierzęce i dodatki podajemy zawsze w glinie. Najlepszą przynętą podobno ma być świerszcz. Potraktujmy tę na rodzimym bodaj gruncie zrodzoną wiadomość jako ciekawostkę, ale czy nie zwrócić uwagi na pewien opublikowany wędkarski komunikat zapewniający, że brzana bierze świetnie na polne koniki? Polny konik (krewniak świerszcza) masowo pojawia się na nadrzecznych łąkach w lipcu; w dobie dobrego żerowania brzany, musi być jej znany, więc... Wielożerność brzany uwalnia wędkarza od doświadczeń z przynętami. Wśród nich stracił bardzo na popularności żółty ser, niegdyś uznawany wręcz za ideał brzanowej przynęty. W sumie jednak zakres możliwych do stosowania karm wyraźnie się rozszerzył. Nie oznacza to jednak, że wędkarze nie zdradzają tęsknoty za nowymi przynętami, jak wspomniane koniki czy chruściki razem z „domkami", czy też różne „kanapki". Nie rzucając anatemy na te poszukiwania, trzeba przyznać, że nic nie zastąpi zwykłej, tradycyjnej przynęty na dobrze zanęconym, a wcześniej dobrze wybranym łowisku. Oto jak przedstawia się atrakcyjność zwykłych przynęt, oceniana na podstawie doniesień o złowieniach medalowych brzan (szt.): rosówka - 24 ciasto - 4 groch - 18 płatki owsiane - 3 żółty ser - 10 żabka - 3 pszenica - 9 rybka - 3 dżdżownica - 8 szyjka raczą - 1 Poza tym aż 6 brzan złowiono na błystki wahadłowe i wirowe. Czy z tego zestawienia wynika, że liczba złowień na daną przynętę wyznacza stopień jej atrakcyjności? Chyba nie, gdyż wędkarze nie stosowali wymienionych przynęt jednakowo często. W praktyce przeważają te z nich, które są najłatwiej zdobywane (rosówki) lub szczególnie niezawodne (groch). Co najwyżej więc wynika, że wszystkie razem wzięte przynęty zwierzęce nieznacznie przodują przed roślinnymi (bez żółtego sera). Listę brzanowych przynęt dopełnijmy koniecznie pijawkami rzecznymi i „końskimi", małymi raczkami, filecikami z rybek, niedużymi larwami minoga, jętkami (na przepływance i przystawce), a z przynęt roślinnych -pęczakiem. Brzana, tak jak świnka, nie sprawia kłopotów służbie ochrony wód i ich gospodarzom. Jest zbyt trudna do masowego odławiania, małe brzanki z rzek nizinnych tylko sporadycznie chwytają przynętę.
Certa - gatunek w niebezpieczeństwie
Jeszcze 20 lat wcześniej zajmowałaby ważne miejsce w książce, dzisiaj pisać o niej coraz trudniej: po prostu z wielu rzek nizinnych zaniknęła. Jeszcze w latach powojennych łowiono ją w Wiśle, w jednym tylko województwie warszawskim, na tony. W roku 1970 połowy rybackie spadły do zera. Dawniej wędkarskie spotkania z tą rybą w dużych i średnich rzekach Mazowsza były czymś zwyczajnym; dzisiaj nie widzi się jej tu i nie słyszy o niej. Dlaczego? Certa (Vimba vimba L), dość blisko spokrewniona z leszczami, należy do ryb dwuśrodowiskowych (rys. 159), tzn. bytuje zarówno w wodach słodkich, jak i słonych. Podstawowymi żerowiskami certy są przybrzeżne wody Bałtyku i Morza Północnego, natomiast tarliska mieszczą się w górnych partiach rzek o cechach krainy brzany i lipienia. W Polsce należałoby z nich wskazać - z dopływów Wisły: San, Wisłok, Wisłokę, Rabę, Dunajec; z dopływów Odry - Wartę, a szczególnie tarliska w rejonie Wielunia. Pewna część bałtyckiego stada odbywa gody w rzekach Pomorza i w dolnych dopływach Wisły (Drwęca). Powstanie na głównych rzekach inżynieryjnych zapór oraz zanieczyszczenie wody środkami chemicznymi odebrało certom możliwość wstępowania na stare szlaki, wyeliminowało ze strefy ich bytu środkową Wisłę oraz znaczną część Odry. I być może doprowadziłoby do zagłady gatunku na znacznych obszarach Polski, gdyby nie jego umiejętność zadowalania się, przynajmniej do czasu, bytowymi zastępnikami. Poddając się konieczności, część ryb, oddzielona w górnych biegach rzek od morza, zaczęła traktować wielkie zbiorniki zaporowe jak morskie żerowiska, natomiast do rozrodu wykorzystuje tarliska stare. W taki sposób powstały rozrzucone, terytorialne enklawy gatunku i odpowiadające im autonomiczne stada „małych wędrówek" - w istocie już jednośrodowi-skowe. Podobnie, tyle że bez udziału człowieka, przydarzyło się niegdyś troci wędrownej, która przymuszona przez warunki stała się trocią jeziorną - bytującą w jeziorach, lecz tarło odbywającą w dopływach. Powracając zaś do cert nadmieńmy, że wierną staremu obyczajowi mogła pozostać i pozostaje część bałtyckiego stada, która za tarliska obrała sobie rzeki pomorskie oraz warmijską Łynę. W ostatecznym jednak rezultacie pierwotne stado macierzyste uległo terytorialnemu rozłamowi: południowa jego część żyje w jeziorach zaporowych przykarpacia, druga część - północna - pozostała w starych pieleszach. Stąd dzisiaj certa przestała być dostępna dla wędkarzy szeroko pojętego centrum kraju. Chcąc poprawić sytuację PZW usiłował przesiedlić wiślaną certę z okolic Włocławka do Zalewu Zegrzyńskiego. Być może, że przy technicznie poprawnej realizacji eksperymentu mogło to przywrócić obecność tej ryby w Bugu, Narwi, Wkrze, może i w kilku innych rzekach północno-środkowej Polski. Nowicjusz w sportowym łowiectwie z trudem odróżnia ją od świnki, zwłaszcza że obie łowi się często w jednym łowisku na taką samą przepływankę i przynętę. Oba te gatunki są do siebie podobne ze srebrzy-stości i pokroju ciała, oba też mają oddolnie umieszczony otwór ustny, co wskazuje na podobny sposób odżywiania. Na tym podobieństwo się kończy, albowiem certa nie ma listewkowatego pyszczka jak świnka, nie ma też żywo ubarwionych płetw; parzyste są ledwie bladożółte. Pokrywają ją też drobniejsze łuski, których brakuje w paśmie szczytu grzbietowego oraz na kilu. Może jednak najbardziej charakterystyczną cechą tej ryby jest wyrastający nad górną wargą mięsisty, grochowaty garbik. Kłopot z odróżnieniem gatunków znika w porze godów, kiedy to certy, a szczególnie samce, przybierają wspaniałą szatę odświętną. „Ciemne ubarwienie głowy i części grzbietowej zmienia się na szare o silnym, jedwabistym połysku. Ubarwienie to przechodzi na boki ciała do linii bocznej, a często sięga aż płetw brzusznych. Od otworu ustnego poprzez całą długość brzucha aż do płetwy ogonowej ciągnie się ciemnopoma-rańczowy pas. Również płetwy parzyste i nasada płetwy ogonowej przyjmują ciemnopomarańczowe ubarwienie. Płetwa grzbietowa i ogonowa z szaroniebieskiej stają się czarne". Tak opisuje Bontemps szatę galową ryby. Certa nie osiąga dużych wymiarów. Wprawdzie Vostradovsky wspomina o 3-kilogramowych sztukach, łowionych jakoby w dolnej Wiśle, ale informacja ta kwalifikuje się chyba do legend, bowiem sztuki przekraczające kilogram są uważane za bardzo dorodne. Polski zaś rekord wędkar- ski autorstwa W. Jankowskiego ustanowiony w 1974 r. wynosi 1,39 kg i 49 cm. Certy łowimy podobnie jak świnki; poza przepływanka także na denkę sprawianą np. białymi robaczkami. W przybrzeżnych wodach Bałtyku (akweny przy molach) przeważnie bywa łowiona na pozbawione skorupek racicznice lub kiełże. Odpowiedź na pytanie „Kiedy ją łowić?" w aktualnej sytuacji należy do wybitnie trudnych. Stara tradycja wiślana, według której certowe żniwa przypadały na koniec lata i początek jesieni do pierwszego przymrozku, straciła na aktualności. Dzisiejsza rozpiętość klimatyczno-geograficzna poszczególnych stad sprawia, że każde z nich trzeba oddzielnie poznawać.Zauważmy np., że w poszczególnych enklawach certowych panują dość odmienne obyczaje. Certy trące się w rzekach pomorskich ciąg na tarliska rozpoczynają nie w końcu lata i jesienią jak wiślane, lecz wiosną; trą się w temperaturze 14-1 5'C. Natomiast certy z wysokich tarlisk czynią to w temperaturze wyższej - 17-18°C. Dobrego więc żeru należy się spodziewać przed tarłem oraz po jego zakończeniu, ze szczególnym pewnie wskazaniem średnich temperatur wody (około 20 C). Wprawdzie wspomniano już, że łowiskami bywają siedliska świnkowe, ale choćby budowa pyszczka certy nakazuje powyższą wskazówkę poddać pewnym uściśleniom. Otóż znamionuje go nie tylko dolne umieszczenie, ale także znaczna miękkość warg, zbliżająca certę w stylu żerowania bardziej do leszcza niż do świnki. Dlatego w potarlanym okresie szukajmy tej ryby tylko na „miękkich żerowiskach" świnek (iły, gruby piasek) oraz w miejscach, gdzie świnek nie znajdziemy - w głębszych przepływach, w zakątkach strefy brzegowej, w których uspokojony prąd odkłada lekkie namułki. Łowiąc, nęcimy. Certa należy do przysmaków.
Sandacz - październikowy drapieżnik
Łacińska nazwa sandacza - Lucioperca - oznacza dosłownie „szczu-pako-okoń", więc ni to, ni tamto albo trochę tego, trochę tamtego. Sama nazwa nie miałaby większego znaczenia, gdyby nie jej trafność w uchwyceniu zewnętrznego podobieństwa i do szczupaka, i do okonia. O tym, że takie podobieństwo rzeczywiście istnieje, niech świadczą dwa autentyczne obrazki znad rzeki. W pierwszym wystąpił pewien zadufkowaty wędkarz, który chwaląc się, że złowił na błystkę szczupaka, z wielką pychą rzucił w trawę, wprost pod nogi autora prawdziwie ładnego sandacza. Bohaterem drugiej był wędkarz cieszący się, że złowił wspaniałego okonia. Tym okoniem znowu okazał się sandacz. Czy między trzema gatunkami istnieje również głębiej posunięte podobieństwo? Wizerunek gatunku. Sandacz (Lucioperca lucioperca L.) ma w istocie niewiele wspólnego ze szczupakiem. Zbliża ich tylko smukły pokrój ciała, wydłużony pysk, zielonkawozłote ubarwienie i „zębate" drapieżnictwo. W naszych wodach sandacz ma swoich pobratymców - okonia i jazgarza. W krajach europejskich żyją inni bliscy krewni sandacza: wołżański bersz, sandacz balatoński oraz w Dunaju dwa gatunki czopa. Wydaje się, że geograficzne rozmieszczenie gatunku, zbliżone do obszaru bytowania dość ciepłolubnego suma suropejskiego, jest znamieniem jego środowiskowych potrzeb. W zajmowaniu siedlisk nie wykazuje zdecydowania. Nie przyznaje im priorytetów ze względu na prądową dynamikę, spotykamy go więc w rzekach, ale także w jeziorach i słabo zasolonych zalewach przymorskich, gdzie najlepiej rośnie (np. w Zalewie Wiślanym i Szczecińskim). Pod innymi względami charakter siedliska nie jest mu obojętny - wybiera raczej wody żyzne i cieplejsze: w rzekach -sporadycznie dolną krainę brzany, z zasady krainę leszcza; w jeziorach -zbiorniki średnio głębokie, lekko przymącone zawiesiną glonów i skąpo zarośnięte roślinnością wyższą. Nie znają go wody płytkie, w których doskonale sobie radzi karp, lin i szczupak. Potrzeby tlenowe gatunku są mierne, być może jednak trzeba mu przyznać nieco wyższe pod tym względem miejsce. (Na marginesie: w czasie przygotowywania tej książki, w jednym z warmijskich jezior san-daczowo-leszczowych - w jeziorze Tawtowskim - w wyniku zimowej przyduchy wyginął zupełnie sandacz, a z nim mnóstwo leszczy, węgorzy, natomiast doskonale zniosły klęskę okonie i płocie; warto liczyć się z tą sugestią i tlenowe potrzeby gatunku raczej przeceniać, niż ich nie doceniać.) Niektóre właściwości gatunku odczytamy z budowy ryby (rys. 166). Oglądając ją, w pierwszej chwili rzuca się nam w oczy płetwa grzbietowa rozdzielona na dwie części, z których pierwsza jest kolczasta i błoniasta, a druga miękkopromieniowa. To rodowy znak okoniowatych. Drugą cechą rodzinną jest kilkanaście czarniawych pręg spływających z grzbietu na boki (czy mają one maskować rybę polującą w toni pod zmarszczoną przez drobne fale powierzchnię wody?) Poza tym ciało jest dość smukłe - znak dobrego pływaka i przystosowania m. in. do wód bieżących. Potwierdza prognozę mocny trzon ogonowy i prężna ogonowa płetwa, dzięki którym potrafi rozwijać prędkość rzędu 23-29 km na godzinę. Porównując okonia i sandacza, zauważymy brak żywego ubarwienia w kolorystyce tego drugiego. Sandacz jest szarozielony i złoty, dużo też w nim bieli i wyblakłości. Ubarwienie obu tych gatunków wyraźnie je różnicuje pod względem siedliskowym: okoń woli wody przejrzyste, sandacz natomiast przywiązał się do wód przymglonych zawiesiną, mętnawych. W zróżnicowaniu siedlisk oba gatunki nie pójdą jednak zbyt daleko, a w niektórych nawet, jeśli sprzyjają w zbliżonym stopniu obu gatunkom, walczą z sobą o prymat ze zmiennym, falującym powodzeniem. Jerzy Putrament powiedział o węgorzu, że kto chce malować diabła, powinien za model wziąć mordkę tej ryby. Coś podobnego można rzec o sandaczu. Przyjrzawszy mu się bliżej zauważymy, że trochę niesamowite wrażenie, jakie sprawia, ma swe zupełnie pozametafizyczne przyczyny: jest ono skutkiem przesunięcia oczu ku przodowi pyska, przed kąty w rozcięciu paszczy. Przydaje to rybie wyglądu chciwej drapieżności. Drugą przyczyną takiego wrażenia są jego zamglone oczy: źrenice przesłania delikatna biel, która wygląda jak zaćma. Zbliżenie oczu do końca pyska ma istotne znaczenie dla ryby, która nie celuje w ofiarę z oddalenia, tak jak szczupak, lecz goni ją, dochodzi i chwyta z bliskiego przymierzenia się do celu. W takiej sytuacji może też sobie sandacz pozwolić na mniejsze rozcięcie pyska. Sandacz ma zęby - jak mówią - psie: po dwa mocne „kły" umieszczone z przodu obu szczęk (rys. 167). Sądząc według nich, ofiary sandacza nie bywają małe, wymagają mocnego przytrzymania i skłucia. Wzrok oraz dobrze rozwinięta linia boczna, wychodząca aż na ogon, Rys. 167. Rozwarta paszcza sandacza ujawnia odmienne niż u szczupaka uzbrojenie: „kły" ma również w górnej szczęce stanowią podstawowe narządy zmysłów łowcy-drapieżnika. Mąt zaś zauważony w oczach świadczy, że może on doskonale działać w wodzie mało przejrzystej lub niedoświetlonej. Pamiętamy, że podobną cechę miały również oczy leszczy - ryb przystosowanych do żerowania w głębokich, mrocznych warstwach przydennych jezior. Z innych osobliwości sandacza zaciekawić może zwyczaj poruszania się po linii zygzakowatej przy ściganiu ofiar. Poza tym, w odróżnieniu od szczupaków i okoni, żeruje również po ciemku na obu granicach nocy. W tym miejscu warto podważyć pokutujące od lat przekonanie o zdecydowanie wąskim przełyku drapieżnika, który z tego powodu ma jakoby pożerać wyłącznie małe rybki. W rzeczywistości może nie jest on tak dobrym połykaczem jak szczupak, ale przecież potrafi przełknąć ofiarę równą ćwierci jego własnej długości. Oznacza to, że półmetrowy drapieżnik swobodnie upora się z dużą 14-centymetrową ukleją. Jako ryba wydłużonego kształtu przedkłada rybki (żywce) smukłe, dlatego użyte w roli przynęty krąpiki nie powinny być wyrośnięte. Podstawowym jego pożywieniem w rzekach są przede wszystkim ukleje: uklejowy wycier pożera już 5-cehtymetrowy młodzik. Sięga także po kiełbitki, płotki, młodziutkie leszcze, także po okonki i jazgarze, nie oszczędzając własnej progenitury. W kręgach oraz publikacjach wędkarskich dość uporczywie powtarza się wiadomość o pewnym szczególnym zwyczaju żerowym sandacza. Wypowiada ją też A. Korycki w monografii sandacza: „Po uchwyceniu ofiary, zwłaszcza większych rozmiarów, obraca ją długo w pysku, aż znajdzie się ona w położeniu ogonem do gardzieli i wtedy ją połyka. W czasie badań nad sandaczem Stefens (1960) stwierdził, iż około 80% ryb-ofiar było połykanych od strony ogona". Jest to ogromnie ważna dla wędkarzy informacja, choć myśl o połykaniu w taki sposób ciernistych jazgarzy i okonków nastraja nas w stosunku do żercy współczująco. Wyganowski również twierdzi, że „sandacz przeważnie chwyta przynętę za ogon". Cytowane opinie, bynajmniej niejednoznaczne, gdyż co innego chwytać ofiarę za ogon, a co innego od tej strony ją łykać, potwierdza wędkarskie doświadczenie autora. Istotnie, bardzo często zdarza się, że złapany sandacz trzyma żywca w ułożeniu ogonkiem do przełyku, jeżeli jest to rybka karpiowata. Zawsze też podawane na pater-nostrze w łowisko i zbrojone dwoma haczykami żywce okazują się chwytne, podczas gdy żywiec uzbrojony wyłącznie za pyszczek z reguły bywa pocięty przez biorącego sandacza, a potem porzucony. Czy więc - pamiętając o sposobie pobierania żywca przez szczupaka i wynikających stąd konsekwencjach dla sposobu zbrojenia przynęty - w przypadku łowienia sandacza należy dawać pierwszeństwo haczykom umieszczanym w tylnych partiach żywca? W odpowiedzi trzeba zapewnić, że na spławikowej przepływance zbrojenie za pyszczek oddaje doskonałe usługi, jeżeli tylko niezbyt spieszymy się z zacięciem. Jeżeli jednak istnieją sprzyjające warunki łowiskowe (spowolniony przepływ wody) należy pilnie korzystać z sugestii cytowanych autorów. Sandacz jest ogólnie uznaną, szlachetną rybą łowną nizinnych rzek i jezior. Osiąga bardzo okazałe wymiary, gdyż 12-kilogramowe okazy nie należą do przypadków sporadycznych. Polski rekord w tym gatunku, ustanowiony w 1979 r. przez B. Rzeźniczaka, określa masa 11,40 kg i długość 99 cm. Kiedy pilnie żeruje? Sandacz chwyta niekiedy przynętę w zimę, atakuje też żywca wczesną wiosną, w porze rozrodu, ale zgodnie z przepisami i gospodarskim rozsądkiem łowienie rozpoczynamy dopiero 1 czerwca. Szukając obiektywnych wskazówek dotyczących jego aktywnego żeru, zwróćmy się w pierwszej kolejności nie do zapisków pamięci, lecz do faktów obiecujących większą wiarygodność. Jednym z nich jest dyslokacja geograficzna gatunku, która zdaje się wskazywać na wyższe niż umiarkowane skłonności termiczne ryby. Za taką sugestią przemawia czas tarła i towarzysząca mu temperatura wody: pełna wiosna oraz podgrzane do 14-18°C tarliska. W tym miejscu jednak obie przesłanki - 10- Wędkarstwo rzeczne 289 geograficzna i rozrodowa - wraź z całym ciągiem wnioskowania pośredniego wydają się zbędne. Pamiętamy wszak, że na podstawie pewnych doświadczeń za optymalną dla gatunku temperaturę przyjęliśmy 23°C. Porównując ją teraz z bardzo wiarygodnymi temperaturami gatunków wyraźnie ciepłolubnych (karp, sum), wydaje się nam ona zbyt wysoka. W ślad.za wątpliwością przychodzi uświadomienie, że przypomniane doświadczenie dotyczyło nie sandacza polskiego, lecz węgierskiego, pochodzącego z odmiennych niż nasze warunków klimatyczno-środowi-skowych. Nie odrzucajmy narazie uzyskanego na tej drodze wyniku, lecz sprawdźmy jego wiarygodność przez zestawienie (w rozszerzonym zakresie 18-23°C) z innymi w tej samej sprawie spostrzeżeniami. Opinie zawarte w tabeli 21 cechują się bardzo wysokim rozrzutem wskazań i typowań oraz zdecydowanie podważają wiarygodność metody termicznej, a przynajmniej prawidłowość przyjętego założenia, tj. zakresu 18-23°C. Sandacz stawia nas przed zagadką. Nie pomaga w jej rozwią- SANDACZ Sezony łowieckie V VI VE DC X Kalendarze wędkarskie my// J. Wyąanowski W, A.Korycki &//////////, C. Grudniewski F. Fabian Wykres(okazy medalowe) Temperatura optymalna (18-23°) Temperatura optymalna (15-19°) W Sezony zalecane {przy średnich temperaturac *) Tabela 21. O sezonach łowieckich sandacza duży rozrzut opinii -sytuacja niejasna zaniu przypuszczenie, że dla polskiej odmiany sandacza, wywodzącego się z jeziora Pejpus, temperatura optymalna jest niższa i mieści się w zakresie 15-19°C (tab. 21). Autor odrzuca wynikający stąd wniosek, albowiem jego własne doświadczenie łowieckie każe mu uznać za niewątpliwe, że pierwszy bardzo dobry sukces łowienia przypada na czerwiec i znaczną część lipca, drugi zaś - na koniec sierpnia, wrzesień i w końcu na październik jako szczyt sezonu jesiennego (rys. 168) i może najlepszy miesiąc na przestrzeni całego roku (sezony zalecane w tabeli). Ta łowiecka prawda odnosi się, w głębokim przekonaniu autora, w jednakowym stopniu do sandacza rzecznego i jeziornego. Znacznie pewniej i zgodniej sumują się różne doświadczenia odnoszące się do godzin aktywnego żerowania. Pomyślne są dni o ustalonej, ciepłej pogodzie, jasnej od słońca, przy lekkim wietrzyku, a nawet ciepłym wietrze! Zimne wiatry nie sprzyjają powodzeniu wędkarzy. Sandacz zaczyna żer przed świtem, w strefie brzegu. W tej samej strefie żeruje o zachodzie słońca i trwa w niej w porze nocy. Apetyt miewa również w ciągu dnia w godzinach przedpołudniowych oraz w samo południe, gdy słońce stoi w zenicie, a przy tym wieje lekki wiatr. Żer dzienny odbywa się jednak na stanowiskach śródrzecznych, oddalonych od brzegu przynajmniej na wydłużony rzut prądowej przepływanki, także za progami. Jesienią skupienie żerowych starań występuje w godzinach południowych. Liczba ztowień V Vi liii VIII IX * XI Rys. 168. Wykres złowień okazów medalowych sandacza celnie opisuje dynamikę apetytu tej ryby w ciągu roku Stanowiska, łowiska, wędki. Sandacz należy do ryb drapieżnych, oszczędnie manifestujących swą obecność. W przeciwieństwie do boleni, okoni i szczupaków poluje dyskretnie - w rzece zwykle przy dnie i tam też sięgamy po niego wędką. Czasami tylko na krawędzi jakiegoś uskoku zakotłuje się, gdy podejściem od dna wywoła wśród uklei popłoch. Tak więc ryby tej musi się wędkarz raczej domyślać, niż ją zauważać, znając ją, trafnie odkrywać siedliska, stanowiska i łowiska. Pisze A. Korycki: „W rzece wyodrębnia się dwie strefy - nurtową (lotyczną) i pozanurtową (lenityczną). Strefa lenityczna stanowi właściwe miejsce bytowania i żerowania sandacza". Sformułowanie to, potraktowane przez wędkarza zbyt dosłownie, może prowadzić do łowieckiego niepowodzenia. To prawda, że sandacze wchodzą w wyciszone tonie - spokojne ramiona rzeki, twardodenne zatoki o głębokiej, uładzo-nej wodzie, wolne od nadmiaru roślinności - lecz czynią to głównie w porze tarła i pozostają tam na czas pilnowania ikry. Resztę czasu, szczególnie w miesiącach ciepłych, ryby dorosłe spędzają z zasady na samym pograniczu silnych, głębokich przepływów lub w nich samych, jeżeli nagromadziły się tam grube narzuty: bryły, konary drzew, wiązki faszyny. Stoją sandacze również przy wysokich spadach bocznych, przykrytych nawisami wierzb i odpowiednio ufortyfikowanych (rys. 169). Zajmują tam stanowiska albo wyciągnięte poprzecznie w stosunku do biegu rzeki, albo wzdłużnie po krawędzi nurtu, zależnie od konkretnej sytuacji panującej w strefie dna. Odnosi się wrażenie, że koryto rzeki bywa wyraźnie rozdzielane na rewiry szczupaków i sandaczy. Rozgranicza je i odróżnia właśnie siła prądu: szczupaki trzymają się wód spokojniejszych, większych zaprądo-wych cieni; sandacze wybierają bystrzyny i wirki nad twardym dnem. Drugim kryterium terytorialnego rozgraniczenia są rośliny. Ich obecność bardzo lubi szczupak; sandacze przekładają czyste dno i otwartą toń. Stąd do ich ulubionych stanowisk w lecie należy zaliczyć płaskie, twarde spady denne, takież wzniesienia na przedprożach, nawet gładkie bez zawad i zaciszy, byle wystarczająco głębokie. Tam przynajmniej żerują, choć - co wynika z doświadczenia - tam też znajdują się ich stanowiska. Duże, samotnicze sztuki są bardziej wymagające co do miejsc przebywania, wybierają te, które gwarantują większe bezpieczeństwo. Przy łowieniu sandaczy dobre usługi świadczą nam wszystkie wędki stosowane na szczupaka: rzutka (spining), spławikowa przepływanka użyta albo we właściwej jej roli, albo jako przystawka, wreszcie denki - zwykła i pater-noster. Uogólnienie to należy jednak obwarować zastrzeżeniami: w stosunku do wędek szczupakowych będą one o klasę delikatniejsze (cieńsze żyłki) oraz pozbawione sztywnego, stalowego przyponu. Przypon metalowy jest wprawdzie bardzo wskazany, ale pod warunkiem, że będzie nim np. cienka wolframowa plecionka pozwalająca się wiązać jak żyłka. Zabezpieczenie żyłki przy haczyku jest potrzebne nie z powodu niegroźnych zębów sandacza, lecz na wypadek wzięcia żywca przez szczupaka. Rys. 169. Trzy rady taktyczne w kwestii łowienia sandacza Podstawową przynętą na sandacza są rybki podłużnego kształtu -ukleje, kiełbie, jelczyki, bystrzanki - lub wygrzbiecone, lecz małe - krąpiki, karaski. W łowiskach z bystrym prądem bywają również skuteczne kawałki srebrnołuskich rybek ciętych poprzecznie lub filecikowanych. Rodzaj przynęty omz typ łowiska przesądzają o wyborze najwłaściwszej wędki. Spławikowej przepływanki użyjemy na płaskich przepływach, spadach lub wzniesieniach, gdzie spodziewamy się, że ryby stoją. Przepływanka jest wędką pełnego dnia. Całą swą wartość okaże, gdy będziemy ją spławiać z żywcem przy dnie, w kierunku od siebie, a więc z jakiejś np. główki, w kierunku poprzecznie rozrzuconego układu dennych skryć służących drapieżnikom za stanowiska. Dobry rezultat przyniesie również prowadzenie wędki i przynęty wzdłuż brzegu, zwłaszcza w miejscach, gdzie prąd odbija się ku środkowi rzeki i umożliwia hamowane prowadzenie przynęty lub nawet jej przytrzymanie w miejscu. Z udziałem przepływanki szukajmy sandaczy także blisko brzegu, na skraju stromego spadu bocznego w miejscach małych przytłumień prądu (cypel, pień drzewa), za obrywistym progiem poprzecznym itp. Sama przepływanka nie wymaga opisu, może poza wzmianką, że użyjemy do niej pojedynczego haczyka i optymalnie lekkiego zestawu spławika i ciężarka. Pamiętajmy bowiem, że napastniczy temperament sandacza wzmaga się tylko jesienią. Zależnie od rozmiaru użytego na sandacza żywca zacinamy trochę na wyobraźnię, trochę na los szczęścia, a przecież w czasie dobrego żeru rzadko się pudłuje. W tym miejscu trzeba przytoczyć bardziej rozwinięty opis sandaczowego brania. Otóż według A. Koryckiego „Można rozróżnić trzy fazy brania przynęty przez sandacza: I faza - gdy ryba napotkawszy przynętę chwyta ją i odpływa kilka metrów (na popuszczanej wówczas żyłce), po czym zatrzymuje się; II faza - to przesuwanie przynęty w paszczy; III faza - gdy sandacz zdecydowanie odpływa... Zależnie od rozmiarów biorącej ryby - podcinać należy w pierwszej fazie brania, gdy przynęta jest mała albo w drugiej lub trzeciej - w razie zastosowania większej przynęty". Spławikową przystawkę (szczególnie jej wariant „na uwięzi", opisany w rozdziale o jaziu) stosujemy w miejscach, które narzucają wędkarzowi łowienie z przyczajenia. Posiadanie łódki znakomicie poszerza zakres użycia tej wędki i taktyki - ciekawej, ekscytującej w czasie brania ryby wymową spławika. Sandacze jednak - poza okresami aktywnego uganiania się za zdobyczą - raczej biernie trwają na swych stanowiskach, więc i sama wędka powinna zmieniać się po trosze w przepływankę przeszukującą ostoje drapieżników. Łowimy na nią w ten sposób, że sprowadzamy żywca nad same dno (pamiętamy przy tym o różnym zachowaniu różnych gatunków rybek żywcowych), ograniczamy jego ruchy niedługim przyponem (0,30 cm) i tylko w wyciszonych głębinkach, kiedy w godzinach dobowych szczytów sandacze polują w sposób aktywny, operujemy przynętą na 2/3 głębokości łowiska. Najpowszechniej stosowanymi wędkami sandaczowymi - co nie oznacza, że najwłaściwszymi - są jednak nie wędki spławikowe, ale denki, za którymi przemawia chyba tylko wygoda oraz czasami łowisko. W subiektywnym przekonaniu autora najlepszym na nich żywcem będzie gatunek rybki wznoszącej się nad dno, niespokojnej. W denkowej grupie raz jeszcze ciekawą wędką okaże się pater-noster, zbudowany jak sumowy, tyle że lżejszy. Stosowany wyłącznie w prądzie, umożliwia on zamianę żywej rybki na rybkę martwą lub wycięty z ryby (srebrnej) filecik. Rybki żywe zbroimy albo systemikiem składającym się z dwóch haczyków (większy pod płetwą grzbietową), albo haczykiem pojedynczym -rosówkowym. Stosowanie systemiku skłania do szybkiego zacinania biorącej ryby, bez zwłoki zaraz po zauważeniu drgania szczytówki; pojedynczy haczyk nakazuje powstrzymanie się z zacięciem, popuszczenie rybie żyłki'-jednym słowem uruchomienia całego łowieckiego doświadczenia oraz intuicji. Do zacięcia przymierzamy się trzymając wędzisko w dłoni, żyłkę zaś leciutko ściągniętą między palcami lewej ręki. Z łowiecką kulturą zmontowany, a potem prawidłowo ustawiony w łowisku pater-noster potrafi więc dać również wiele emocji, pozwala śledzić fazy brania. Toteż legitymuje się on wieloma pożądanymi cechami, chociaż należy do rodziny denek. Łowiąc na tę wędkę z widełek, nie zapomnijmy o sposobie miękkiego blokowania żyłki za pomocą gumki-recepturki na wędzisku. Poza pater-nostrem do rzędu „szlachetniejszych" zaliczymy też bardzo lekką denkę wędrującą z ciężarkiem przelotowym. Jest ona podobna do tej, po którą sięgnęliśmy łowiąc sumy na stanowiskach dziennego przebywania. Denka sandaczowa jest naturalnie odpowiednio lżejsza i stosujemy ją wtedy, gdy łowisko (lub łódka) umożliwia nam opukiwanie dna wachlarzami po osi rzeki, z prądem. Wędkarskie doświadczenie wykazuje, że sandacz (i trochę okoń) przejawia szczególną agresywność wobec przynęty „skaczącej" po dnie. Jesienią jego ataki mogą swą brutalnością dorównać uderzeniom szczupaka. Stwierdziwszy takie uderzenie, nie należy zacinać z miejsca, lecz dać drapieżcy czas na obrócenie przynęty w pysku. Zacięty szczęśliwie sandacz walczy nieźle, lecz szybko kapituluje. Sandacz jest niewątpliwie szlachetną rybą dolnych krain rzeki: jako łowiecki cel - dość trudna zdobycz, a jako zdobycz - rarytas. Wszystko więc nakazuje zwracać na ten gatunek największą uwagę. Szybko rośnie; za pokarm służy mu rybi „chwast". Już w 3 roku życia ma długość około 40 cm, waży około 0,5 kg. W ciągu następnego roku przy sprzyjających warunkach może przyrosnąć prawie kilogram. Przysrosty sandacza rzecznego, ściślej wiślanego, podane są w tabeli 22. W tej sytuacji pieczołowita wręcz opieka nad gatunkiem staje wysoko w hierarchii zadań wszystkich gospodarzy wód. Tak jak w przypadku innych cennych gatunków, tak i tu podstawowym zadaniem jest zapewnienie sandaczowi warunków najlepszego rozrodu, a to oznacza ochronę tarlisk. W tym miejscu warto zauważyć, że trący się w otwartej wodzie, a potem pilnujący ikry drapieżnik jest szczególnie łatwy do sieciowego odłowienia. Pamiętajmy też, choć to przykry dla niektórych wędkarzy fakt, że dopiero 45-centymetrowe sztuki dają optymalną pewność uczestnictwa choćby w jednym rozrodzie. Wielu jest amatorów tej ryby. Ich liczba rośnie. Brak skutecznej ochrony nad stadem może doprowadzić do opłakanych skutków. Wędkarze nie zawsze bowiem wiedzą i rozumieją, że z wodą jest tak, jak z ziemią uprawną: prawie nie sposób powiększyć jej powierzchni, można nią tylko mądrze gospodarować. Perspektywa wytrzebienia cennego gatunku nie należy do czczych wymysłów, wystarczy bowiem przypomnieć sytuację przedwojenną, kiedy to wskutek wybicia rodzimego stada trzeba je było po raz wtóry odnawiać, sprowadzając narybek z jeziora Pejpus (Estonia). Autor pamięta z tamtych czasów wiadomości prasowe o wsiedleniu do Wisły i Bugu omawianych tu ryb. Brzmiały one równie sensacyjnie, jak po wojnie wieści o tołpygach i amurach w naszych wodach. Wisła Grupa wieku 1 II III IV V VI Górna cm 28,8 42,6 50,7 57,0 65,0 - g 220,0 700 1200 1600 3000 - Dolna cm 29,2 44,2 57,3 67,5 76,4 809 g 230 870 1600 3200 4600 5500 Tabela 22. Szybkość wzrostu sandacza wiślanego (wg Koryckiego)
Świnka - skażona piękność
Wizerunek gatunku. Świnka {Chondrostoma nasus L.) jest z kształtu pięknie wyprofilowaną, smukłą, srebrną rybą o żywoczerwonych parzystych płetwach i takiej płetwie odbytowej (rys. 155). Szpeci ją tylko pyszczek, bardzo podobny do garbatego ryjka prosiaka. Gdyby ryba ta Rys. 155. Świnka - z bystrych przepływów oraz znad twardych den miała świadomość swej urody, byłaby tragiczna (jak kobieta, której natura po szczodrym obdarowaniu we wszystkie wdzięki dała fatalny nos). Stąd właśnie wynika jej nazwa, będąca w istocie przezwiskiem. Kiedyś wymyślono dla niej miano bardziej eleganckie - ,,podusta" - ale się nie przyjęło. W każdym razie świnka, wolna od kompleksów, przebywa w wodach bystrych i czystych, niegłębokich i prześwietlonych. Jej liczne stada spotykaliśmy już w krainie lipienia i ta lokalizacja wybitnie ją charakteryzuje. Występuje wyłącznie w rzekach przynajmniej częściowo realizujących program jej macierzystych krain - lipienia i brzany. Warunki, jakie stawia siedlisku, są nam znane, gdyż wcześniej często wspominaliśmy o nich. Trze się gromadnie na przełomie kwietnia i maja nad twardyn, żwirowym dnem, w temperaturze 12-15°C. Tarło ma cechować wybitna dysproporcja płci, gdyż na jedną samkę jakoby przypada około 30 mleczaków. Natura jednak działa celowo. Towarzyszy śwince w jej siedliskach znany nam zespół i podzespół gatunków z brzaną, kleniem, licznym kieł-biem i jelcem jako reprezentantami. Ujmując rzecz obrazowo, można świnkę uznać za asystentkę brzany: kręci się blisko, ale zawsze z boku grubej ryby. Stwierdziwszy więc obecność świnek, wolno nam spodziewać się w pobliżu również brzan (i odwrotnie). Natomiast za fakt sygnalny dla świnki można w większych rzekach nizinnych uznać mnogą obecność kiełbi. W każdym razie świnkowe rzeki albo świnkowe fragmenty rzek (siedliska) wyróżnia bezpieczna dla ryb obfitość wody, w tym i znaczna szerokość koryta, oraz otoczakowe, żwirowe lub twarde, iłowe dno. Wróćmy jednak do jej śmiesznego pyszczka. Jest on wybitnie dolny, poza tym dość delikatny i niezbyt duży, z czym powinien się liczyć wędkarz, dobierając przynęty i haczyki. Służy on nietypowemu odżywianiu się ryby. Otóż specjalizuje się ona w zeskrobywaniu blaszkami swych warg glonów i zwierząt pokrywających galaretowatą warstewką kamienie i twarde elementy dna. Nie oznacza to, że świnka gardzi innym pokarmem zwierzęcym, np, chruścikami, kiełżami, Wydaje się, że pokarm ten bierze ona szczególnie chętnie w pierwszej połowie lata, po tarle; później doskonale reaguje na przynęty roślinne. W rzekach pogórza przypada śwince rola rybki sportowej - odpowiednika nizinnych krąpi i uklei. W czasie zawodów bywa tam podobno łowiona w wielkich ilościach. W rzekach niżu takie rzezie-świnkobicia nie bywają możliwe. Może dlatego rybkę tę bardziej się tu szanuje. Daje ona sporo łowieckich przyjemności: umie walczyć, wymaga kultury technicznej. Półkilogramowa sztuka nie należy do rzadkich i pojedynczych trofeów. Trafiają się i okazy większe, aż po rekordowy, złowiony w 1972 r. przez Z. Leniewicza, o masie 1,61 kg i długości 51 cm. Jeden tylko defekt -pozaestetyczny i pozasportowy-ma ta ryba: nie należy do delikatesów. Dobrze jednak odkarmione, letnie świnki z czystych rzek, przy odrobinie z naszej strony życiowego entuzjazmu oraz kucharskiego talentu, stanowią smakowitą potrawę. Na marginesie: w jamie brzusznej świnki znajdujemy czarną błonę, która gorszy nieświadomych wędkarzy. Tymczasem jest ona rybie przyrodzona, nie stanowi skutku jakoby niehigienicznego sposobu odżywiania się właścicielki, łatwo daje się usunąć. Kiedy świnki mają apetyt? Odpowiedź jest oczywista: przed tarłem i po nim, a potem w miesiącach sprzyjających rozwojowi dennych glonów, przy nich zaś drobnych bezkręgowców. Sezon więc przypada na lato. W rzekach o wodach znacznie nagrzewających się i gorzej mieszających z powietrzem możemy w tym czasie spodziewać się przerw w żerowaniu tych wysoce tlenolubnych ryb. Tyle uogólnionych wskazówek, wymienienie rad bardziej konkretnych nie jest rzeczą prostą. Nie znamy bowiem temperatury optymalnej dla gatunku i dopiero na podstawie różnych przesłanek gotowiśmy przyjąć ją na poziomie 14-18°C. Wyznacza to nam szczyt sezonu w samym środku lata (VII), co godzi się po części ze wskazaniami wędkarskich kalendarzy, a prawie całkowicie z opinią Wyganowskiego (tab. 18). Natomiast w opozycji do wszystkich tych wskazań staje wykres złowień medalowych (rys. 156), który szczyt świn-kowy przesuwa na koniec lata, a z sezonu wykreśla faktycznie maj i czerwiec. Tym razem istnieją co prawda specjalne powody, żeby odnieść się do niego z rezerwą, ale przecież ogólna jego wymowa nie może być odrzucona. Nie rezygnujmy mimo wszystko z czerwca: dla autora był on zawsze szczodry w świnki. Świnka raczej nie boi się słońca: w jasne dni żeruje lub odbywa sjestę gromadnie w sposób łatwy do obserwacji, balansuje w dość płytkich (1 -1,5 m) pasmach nurtu przy samym dnie, czasami spławia się, zwykle podczas wiatru. Dlatego dobrze ją łowić w dni pogodne, jeżeli tylko nie zapanowały upały. Wygańowski daje pierwszeństwo raczej pogodzie pochmurnej i bezwietrznej. W zwykłym dniu lata można wymienić trzy pory żeru: wczesny ranek - w strefie brzegu, godziny późnego rana aż do południa, godziny popołudniowe prawie do zachodu słońca lub skrycia się go za terenową kulisę (wzgórze, drzewa nadrzeczne). Wędkarskiemu powodzeniu sprzyja niska woda, która koncentruje ryby w głębszych dołach oraz rynnach dna i wytwarza ostrą między nimi konkurencję pokarmową. Pobudza również żerowanie lekki przyborek. Liczba ztowień f IV V VI VII VIII IX * XI Łowiska, wędki, zanęty i przynęty. Siedliskami i stanowiskami, zgodnie z wcześniejszą charakterystyką ryby, są bystre wody nad otoczakowo-żwirowym dnem: głównie na płaskich równiach (blatach), na łagodnych spadach bocznych, za przykosami, za główkami, w mniejszych zaś rzekach - w głębszych rynnach i dołkach. W rzekach ŚWINKA Sezony łowieckie iv v W W W LX X XI Kalendarze wędkarskie j. Wuganowski ?/// J777; v////, -7^777//////7777 >> Wykres (okazy medalowe) Temperatura optymalna (14-18°) Y/7Z, Sezony zalecane (przy średnich temperaturach Tabela 18. Nieliczne są wypowiedzi w sprawie świnkowych sezonów wybitnie nizinnych, z braku dennych pokładów kamieni, świnki wybierają stanowiska nad twardymi iłami oraz lubią trzymać się faszynowych tam, gdzie żerują na zwierzętach i roślinach porastających drągowinę. Być może potrafią też żerować na dnach grubopiaszczystych. Poza twardym dnem, charakterystycznym miejscem ich obecności będzie zwichrzona powierzchnia rzeki za progami, podwodnymi tamami, spiętrzeniami itp., sprzyjającymi dotlenieniu wody. Świnki lubią, albo są zmuszone lubić, stałe miejsca pobytu. Ich związek ze stanowiskami można wzmacniać, rzucając na dno zanętowe bryły z tłustej gliny. Jeżeli powoduje nami sportowo-łowiecka finezja, łowimy świnki przede wszystkim na przepływankę prądową (p. rozdział o kleniu), czasami na spławikową przystawkę i tylko z rzadka - na lekką denkę. Łowimy je także na ciężką przepływankę nurtową, o której była mowa w rozdziale o leszczu, pod warunkiem przystosowania jej do nowego przeznaczenia (mniejszy haczyk, cieńszy przypon, białe robaczki w roli przynęty, płatki owsiane i białe robaczki w zanętowych kulach). Wracając zaś do lżejszej świnkowej przepływanki prądowej (rys. 157), scharakteryzujmy ją: ostry haczyk odpowiadający wielkością 2-3 ziarnom pęczaku lub pszenicy, mało widoczny przypon o średnicy 0,12-0,16 mm (ten mocniejszy, gdy możliwe jest zacięcie brzany), żyłka główna o średnicy 0,25-0,30 mm, obciążenie stosowane do siły prądu i mało konfliktowe w kontaktach z dnem (np. mała ołowiana oliwka), spła- Rys. 157. Przepływanka prądowa jest najwłaściwszą i najbardziej sportową wędką na świnki; K- przelotowa kulka ołowiana wik z wysoką anteną (np. korkowa nasadka na cienki kolec jeżozwie-rza). Przepływankę spławiamy z prądem, przez cały czas hamując u-cieczkę spławika. Łowimy nią zwykle na dość wzburzonej wodzie, prędkiej, płynącej pętlicami, zawrotami i zwolnieniami, fałdowymi najazdami na linię brzegu i ucieczkami od niego. Zwykle woda w takich miejscach nie bywa głębsza niż 1,5 m; dostrajamy do niej wędkę, ustawiając spławik na wysokości o 1/4-1/3 większej niż głębokość rzeki. W dużym zamieszaniu prądowym rzecznego łowiska musimy nie tylko prowadzić przynętę tak, aby nie wlokła się po dnie w ślad za holującym ją spławikiem, ale także odróżniać brania ryb od wielu przytopień spławika w wyniku sekundowych kolizji obciążenia wędki z dnem. Podczas łowienia stoimy albo w wodzie, albo na wyższym brzegu. W tym drugim ustawieniu zważamy, żeby nie zbliżać się niepotrzebnie do krawędzi rzeki, w każdym razie zaś, żeby nie rzucać cienia na łowisko. Zwykle wypada nam łowić równolegle do linii brzegowej, w ostatnim etapie sprowadzając wędkę łukiem pod brzeg i ewentualnie stosując znany nam podstęp (p. przepływanka nurtowa). Zdarza się też, że wypuszczamy przepływankę w kierunku od siebie i wtedy schodzi ona w dół wahadłowo, trochę pod dyktando prądu (rys. 158). W obu wypadkach wędka penetruje rzekę w znacznym oddaleniu od wędkarza: spławik oddala się od szczytówki nawet na 5-6 m, co przy stosunkowo płytkich łowiskach i ostrym haczyku nie przekreśla wszystkich szans skutecznego zacinania. Prowadząc spławik, trzymamy szczytówkę wędziska wysoko uniesioną, tak żeby nie pozwalać żyłce wykładać się na wodę. To warunek powtarzany w tej książce i wart zapamiętania. Godzi się też powtórzyć, że w czasie łowienia na przepływankę prądową bardzo czynna jest również lewa ręka, która przez cały czas, w zależności od potrzeby, skraca żyłkę lub ją popuszcza. Pracuje nawet kciuk prawej ręki, obracając zwolnioną z hamulca szpulę kołowrotka, gdy trzeba pomóc lewej ręce w zlikwidowaniu nadmiernego luzu żyłki między kołowrotkiem a dolną przelotką. Podczas łowienia wędkarz pilnie obserwuje antenkę spławika. Obecność ryb w łowisku sygnalizują krótkie, ledwie dostrzegalne w tłumie innych sygnałów wkłucia w wodę kolca jeżozwierza. Branie zaś bywa podobne do zaczepu, dlatego nie lekceważmy żadnego przytopienia spławika: zacinajmy (kciuk na szpuli kołowrotka, lewa ręka ściągająca żyłkę pod najniższą przelotką). Celne przycięcie bywa kwitowane sekundowym, martwym przytrzymaniem wędki. Zahaczoną rybę sprowadzamy stanowczo do brzegu i podejmujemy ją podbierakiem, który tkwi zawsze w pogotowiu pod lewą ręką wbity grotem w dno rzeki lub w ziemię brzegu. Złowienie jednej sztuki nie przeszkadza braniu następnej, natomiast urwanie ryby na dość długi czas przerywa kontakt wędkarza ze stadem. Przed pierwszym zarzuceniem wędki i w czasie łowienia zwykle pod-nęcamy świnki sypiąc garść ziarna powyżej łowiska. Na przynętę zaś używamy najpierw robaczków i larw, potem ziarn zanętowych - pszenicy i pęczaku, przy czym lepszy wydaje się pęczak i to biały. Barwiony na żółto jest mniej atrakcyjny dla świnek; lepszy może być kolor zielony, lub - jak to praktykują wędkarze, bodaj nad środkową Pilicą - fioletowy. Do skutecznego łowienia bardzo ważne jest skryte stanowisko wędkarza: przestrzegając wymogów krycia się, łowimy świnki nawet w niepozornych rynnach dennych tuż przy brzegu; stanie w wodzie działa jak ukrycie. Przystawka na świnki -z zasady z przelotowym ciężarkiem i z czułym spławikiem - jest w swej budowie wędką wręcza oczywistą, a jej stosowanie nie stwarza problemów. Doskonałą na niej przynętą, poza wymienionymi, są krótko parzone (przelane wrzątkiem na sitku), grube płatki owsiane. Przystawka skutkuje nawet wtedy, kiedy ją postawimy tuż przy krawędzi tamy, zwłaszcza jeśli wrzucimy tam zanętową kulę, zatopimy woreczek z płatkami owsianymi lub położymy na dnie kilka ugniecionych na twardo gałek z surowych płatków i wody. Bardzo często widzi się wędkarzy łowiących świnki na denki z tzw. telewizorkiem, tj. metalową siateczką w kształcie walca, wypełnioną zanętą. Trudno taką samołówkę uznać za sportową.